Wydarzenia towarzyszące tworzeniu ACTA i dyskusje na ten temat w polskich mediach to istna komedia pomyłek. W ciągu jednego dnia wybuchła afera, w której wszyscy się pogubili. Nie wiadomo, kto i po co stworzył ACTA, nikt nie przyznaje się do wprowadzenia porozumienia do Polski, posłowie, którzy byli "za", mówią, że nie byli "za", muzycy obrażają się na internautów, a czołowa informacyjna stacja telewizyjna zaprasza do studia komentatorów, którzy mówią, że nie mają pojęcia, o co chodzi, bo o sprawie dowiedzieli się przed chwilą od dziennikarzy tej samej stacji. Jeśli zapomni się na chwilę o ACTA jako o międzynarodowym porozumieniu i spojrzy na sprawę z boku, zarysowuje się groteskowość całej tej sytuacji.
Zacznijmy od tego, że ACTA została oficjalnie zatwierdzona w Parlamencie Europejskim w grudniu ubiegłego roku podczas spotkania ministrów rolnictwa. Jej zatwierdzenie zostało ogłoszone w unijnym biuletynie zatytułowanym "Rolnictwo i Rybołówstwo", w postaci krótkiej wzmianki na ostatniej, czterdziestej trzeciej stronie. Wyobraźmy sobie Ludzi Trzymających Władzę, którzy wcisnęli specjalistom od hodowli drobiu i trzody zadanie klepnięcia rozporządzenia. I wyobraźmy sobie miny ministrów rolnictwa, którzy między debatą o dopuszczeniu statków rybackich z Wenezueli do europejskich zasobów wodnych a sprawą przedłużenia pomocy dla Cypru w zakresie spryskiwania owoców cytrusowych nagle, jak gdyby nigdy nic, z kamienną twarzą głosują na temat ACTA, czyli rozporządzenia wprowadzającego stan wyjątkowy w globalnym internecie. Aż szkoda, że ministrem rolnictwa w Polsce jest Marek Sawicki, a nie Waldemar Pawlak, który ma specjalnie wyćwiczoną na takie okazje minę "nie rusza mnie to, co mówię, nic się nie stało, procedujemy dalej".
Ponieważ wprowadzenie w życie rozporządzeń związanych z hodowlą zwierząt, uprawą roślin i ściganiem internautów odbyło się w czasie polskiego przewodnictwa w Radzie Unii, rząd Polski pochwalił się tym dokonaniem na swojej stronie internetowej. W notce zatytułowanej "ACTA sukcesem polskiej prezydencji" napisano: Polska prezydencja może pochwalić się kolejnym sukcesem. Jak poinformowało Ministerstwo Gospodarki, Rada UE podjęła decyzję o podpisaniu umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi. Resort podkreślił, że był to jeden z jego priorytetów obranych na okres polskiego przewodnictwa w Radzie Unii. Wczoraj, po masowych protestach w internecie na temat tego, czym jest ACTA, rząd zorientował się, że coś jest nie tak. Zmieniono więc zacytowany wyżej fragment. Od teraz notka ma tytuł "ACTA a polska prezydencja", a dalej czytamy: Rada UE podjęła decyzję o podpisaniu umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi. Było to jedno z działań podjętych w okresie polskiego przewodnictwa w Radzie Unii. Usunięto z tytułu "sukces" i dalszą wzmiankę o tym, że wprowadzenie ACTA było priorytetem polskich polityków.
Wprowadzenie ACTA bezpośrednio do Polski odbyło się tak, że nikt nie wiedział, że takie coś nastąpiło. Dokument w trybie obiegowym wpłynął do polskich resortów na dwa dni przed końcem kadencji poprzedniego rządu. Ponieważ w tym czasie urzędnicy państwowi mieli już spakowane w kartony wszystkie swoje rzeczy i byli jedną nogą na urlopie, tematem się nie zajęto i porozumienie ACTA zostało przyjęte bez żadnego sprzeciwu. Dziś nikt z rządzących nie przyznaje się ani do tego, że był "za", ani do tego, że był "przeciw", ale zapomniał zareagować, więc dokonał milczącej akceptacji.
Minister Boni na antenie TVN24 przepraszał wszystkich za brak konsultacji społecznych przed rozpoczęciem wprowadzania ACTA do polskiego obiegu prawnego. Kilka godzin później, na antenie tej samej stacji, minister Zdrojewski przekonywał, że konsultacje się odbyły, a o wprowadzaniu ACTA poinformowano z wyprzedzeniem trzydzieści organizacji pozarządowych.
Wczorajszy dzień to również zabawne sytuacje w polskiej telewizji. Stacja TVN24 zaprosiła do studia ministra Zdrojewskiego, który zupełnie nie niepokojony przez redaktor Anitę Werner opowiadał, że ACTA jest w porządku i że wbrew opiniom prawników nic nam nie grozi. Następnie do studia przyszli dwaj przedstawiciele społeczeństwa, działacz i dziennikarz, którzy bardzo chcieli skrytykować ACTA, ale robili to na takim poziomie ogólności, że jedyne, co udało im się przebąknąć, to kilka słów o "prywatnej policji". Potem była "Kropka nad i", do której Monika Olejnik zaprosiła Palikota. Następnie połączono się telefonicznie z Pawłem Kukizem, pytając go o jego stanowisko w sprawie ACTA i wolności słowa. Na to pan Kukiz odparł, że niewiele wie o ACTA, bo dowiedział się o tym dopiero dzisiaj, gdy kilku dziennikarzy zaskoczyło go telefonicznie pytaniem o udzielenie komentarza. Zaczął więc dywagować na antenie na temat, o którym nie ma zielonego pojęcia, a rozmowa dość szybko przeszła na temat palenia trawki i problem ACTA się skończył.
Wczorajszy dzień upłynął również na zastanawianiu się, czy nieobecność stron internetowych rządu to efekt działania hakerów, czy może zbyt dużego zainteresowania społeczeństwa, powodującego niewydolność serwerów. Najpierw rzecznik rządu Paweł Graś powiedział, że to nie był atak hakerów, tylko efekt "częstych wizyt". Po nim wypowiedział się Sławomir Neumann z PO, mówiąc że Graś się pomylił i że to był efekt działania hakerów. Następnie głosu udzielił Waldemar Pawlak z PSL, który powiedział, że Neumann się myli, bo to jednak Graś ma rację. W międzyczasie ktoś podmienił stronę premiera, ujawniając informację, że login i hasło do panelu administracyjnego strony to było "admin" i "admin1". Do komunikatu dołączony był śmieszny filmik, w którym pani Basia, w okularach a'la Jaruzelski, ogłasza wprowadzenie "stanu wojennego na obszarze całego internetu", kończąc swoją wypowiedź słowami "Wolność dla internetu i git majonez!".
Okazało się również, że w listopadzie 2010 r. w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie nad rezolucją potępiającą ACTA. Za odrzuceniem ACTA byli europosłowie SLD i UP. Wstrzymało się od głosu trzech posłów PO. Za przyjęciem ACTA byli posłowie PiS (w tym Tadeusz Cymański, Jacek Kurski, Marek Migalski, Zbigniew Ziobro), posłowie PO (m.in. Danuta Hibner, Jacek Saryusz-Wolski, Jarosław Wałęsa, Paweł Zalewski), posłowie PSL (Jarosław Kalinowski). Teraz, po wybuchu afery, posłowie PiS zmienili stanowisko i nagle stali się przeciwnikami ACTA, podobnie część posłów PO i PSL. Swoich słów na pewno żałuje poseł PSL Eugeniusz Kłopotek, który o ACTA wypowiedział się, zanim zrobiła się z tego większa afera, cytuję: Polski rząd powinien podpisać ten dokument dlatego, że nie ma bezgranicznej niedookreślonej wolności, również w internecie. Im więcej wolności tym więcej odpowiedzialności za słowo. Piractwo to jest jedna sprawa, ale jest tyle chamstwa i plugastwa w internecie, że trzeba z tym walczyć. Pan Kłopotek, koalicjant Platformy Obywatelskiej, przyznał niejako, że ACTA to nie tylko ochrona znaków towarowych, ale i sposób na cenzurę dyskusji w internecie. Duży orzech do zgryzienia ma pan Rymanowski, który w swoim programie "Kawa na ławę" będzie miał połowę gości popierających ACTA. O co by ich nie zapytał, będą odwracali kota ogonem.
Podsumowując, nie wiadomo, kto stworzył ACTA, kto to porozumienie wprowadził do Polski, goście TVN24 nie wiedzą, co to w ogóle jest, politycy najpierw są "za", potem "przeciw", potem znowu "za", a Zbigniew "Wywalam bez wahania" Hołdys cieszy się z wprowadzenia ACTA, sprowadzając postulaty protestujących do żądania darmowego ściągania muzyki. Po fali negatywnych komentarzy na jego facebookowym profilu dopisuje, cytuję: Proszę nie dopisujcie się. Wszystkie komentarze, zarówno nieżyczliwe, jak i życzliwe, będę kasował. Cóż, w jego przypadku faktycznie wprowadzenie ACTA nic nie zmieni, ponieważ kasuje komentarze już sam z siebie, bez odgórnego ustawowego przymusu. Na znak protestu pewien internauta ściągnął z sieci piracką płytę pana Hołdysa dziesięć razy i natychmiast ją skasował, doprowadzając w ten sposób artystę do straty finansowej w wysokości 500 zł. Inny stworzył graficznego mema z wizerunkiem pana Hołdysa i treścią: "Gdyby nie piraci, byłbym jak Eric Clapton".
Za nami dopiero pierwszy dzień komedii pomyłek. Tydzień dobrze się zapowiada.
skomentuj (0)
Sąd Okręgowy w Rzeszowie skazał na 2,5 roku więzienia 52-letniego księdza Romana J., byłego dyrektora i założyciela radia Via, za to, że molestował seksualnie swoją nieletnią uczennicę. Ksiądz był też oskarżony o molestowanie trzech innych dziewczynek, ale w ich sprawach umorzono postępowanie.
Duchowny został aresztowany pod koniec kwietnia ubiegłego roku, ale po 4,5 miesiąca wyszedł na wolność po wpłaceniu 20 tys. zł kaucji. O jego uwolnienie apelowali do prokuratury parafianie, którzy nie wierzyli w winę księdza. Roman J. był bardzo popularny w Małej. Poza tym, że był pierwszym dyrektorem Katolickiego Radia Rzeszów Via, w swojej miejscowości organizował Międzynarodowy Zlot Motocyklistów.
Nie przyszedł do sądu
Według prokuratury ofiarami Romana S. były cztery dziewczynki, które uczył religii. Trzy poniżej 15. roku życia miały być molestowane seksualnie przez duchownego w latach 2003-2008, a czwarta, która nie miała 18 lat, w latach 2007-2008 obcowała z nim płciowo. W przypadku trzech pierwszych postępowanie umorzono.
Ks. Roman J. w trakcie procesu nie przyznał się do winy, choć jeszcze w trakcie śledztwa częściowo potwierdzał czyny, które mu zarzucono. Za zarzucane czyny groziło mu 12 lat więzienia. W efekcie spędzi tam 2,5 roku. Poza tym musi zapłacić 1440 zł odszkodowania dla poszkodowanej i ponad 600 zł kosztów sądowych. Ma też zakaz wykonywania zawodu nauczyciela na cztery lata. Ksiądz nie przyszedł do sądu na wysłuchanie wyroku.
skomentuj (0)
List otwarty do Szanownego Premiera, Davida Camerona, z redakcji tygodnikaNew Statesman od pełniącego gościnnie funkcję redaktora naczelnego Richarda Dawkinsa z okazji Bożego Narodzenia 2011r.
Drogi Panie Premierze,
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Poważnie. Wszystkie te bzdury z okolicznościowymi pozdrowieniami, „sezonowe" kartki, to męczący import obyczaju z USA, który począł się dawno temu raczej z rywalizacji między religiami niż przez ateistów. Jako kulturowy anglikanin ( którego rodzina brała udział w Chipping Norton Set [ 1 ] od 1727 roku, co łatwo sprawdzić zaglądając do ksiąg parafialnych) znam świeckie kolędy takie jak „White Christmas", „Rudolph the Red-Nosed Reindeer" czy okropne „Jingle Bells", ale lubię również śpiewać prawdziwe kolędy i w dość rzadkich sytuacjach, kiedy ktoś prosi mnie o odczytanie fragmentu Biblii, chętnie się zgadzam — oczywiście tylko z Biblii króla Jakuba .
Zwariowane sprzeciwy wobec szopki czy kolęd są nie tylko głupie, ale odciągające uwagę od prawdziwego zła w naszej kulturze i polityce, które religii uchodzi na sucho. Jest zasadnicza różnica między dobrowolnie przez jednostki kultywowaną tradycją i tradycją narzucaną rządowymi edyktami. Proszę wyobrazić sobie krzyk, jaki by się podniósł, gdyby Pański rząd zażądał, żeby wszystkie rodziny obchodziły religijnie Boże Narodzenie. Trudno Panu sobie wyobrazić takie nadużycie władzy. A jednak Pański rząd, podobnie jak poprzednie rządy, wmusza religię naszemu społeczeństwu z obezwładniającą bezczelnością. Dwudziestu sześciu biskupów zasiadających w Izbie Lordów bez trudu wymusza szybką ścieżkę, dzięki której Komisja Charytatywna przyspiesza nadanie statusu wolnych od podatku charytatywnych organizacji religijnych, podczas gdy inne organizacje (zupełnie słusznie) muszą biec przez tor przeszkód. Najbardziej oczywistą i najbardziej niebezpieczną formą narzucania społeczeństwu religii jest poprzez szkoły religijne, jak to uświadamia nam rabin Jonathan Romain na stronie 27 [tego numeru New Statsman — A.K.].
Powinniśmy uczyć o religiach, chociażby z tego powodu, że religie są tak potężną siłą w światowej polityce i tak silnym motorem zabójczych konfliktów. Potrzeba więcej i lepszego nauczania o religijnej różnorodności (i jestem przekonany, że zgodzi się Pan ze mną, że edukacja na temat angielskiej literatury byłaby bardzo zubożona, gdyby uczeń nie mógł zrozumieć aluzji do Biblii króla Jakuba). Jednak szkoły religijne nie uczą o religiach, one prowadza indoktrynację tej wiary religijnej, której wyznawcy prowadzą szkołę. Przekazują dziecku informację, że przynależy ono do tego, a nie innego wyznania, zazwyczaj religii, którą wyznają rodzice, otwierając drogę, przynajmniej w takich miejscach jak Belfast czy Glasgow, do trwającej przez całe życie dyskryminacji i uprzedzeń.
Psychologowie pokazują nam, że jeśli eksperymentalnie podzielimy arbitralnie dzieci na, powiedzmy, ubrane w zielone koszule i ubrane w pomarańczowe koszule, zacznie się rozwijać więź grupowa oraz uprzedzenia wobec grupy zewnętrznej. Załóżmy, że kontynuujemy ten eksperyment i kiedy dzieci dorastają zieloni wchodzą w związki małżeńskie tylko z zielonymi a pomarańczowi tylko z pomarańczowymi. Co więcej „zielone dzieci" chodzą tylko do zielonych szkół, a „pomarańczowe dzieci" tylko do pomarańczowych szkół. Ciągnijmy to przez 300 lat i co otrzymamy? Północną Irlandię, albo jeszcze gorzej. Religia nie jest jedyną dzielącą siłą, która może utrwalać niebezpieczne przesądy przez pokolenia (język i rasa to kolejni kandydaci), ale religia jest tu jedyna, która otrzymuje aktywne rządowe wsparcie w formie finansowania religijnych szkół.
Tak głęboko w świadomości społecznej zakorzeniony jest etos tych podziałów, że dziennikarze, a właściwie większość z nas, bez wahania mówi o „katolickich dzieciach", „protestanckich dzieciach", „muzułmańskich dzieciach", czy „chrześcijańskich dzieci" nawet jeśli te dzieci są zbyt małe, aby mogły coś sądzić o sprawach, które dzielą różne wyznania. Po prostu zakładamy, że dzieci (na przykład) katolickich rodziców to „katolickie dzieci". Określenie „muzułmańskie dziecko" powinno skrzypieć jak gwóźdź na szkle. Właściwe określenie to „dziecko muzułmańskich rodziców".
Wykpiwałem niedawno w Guardianie (26 listopada) to szufladkowanie dzieci według wyznań, wykorzystując analogię, która dociera do każdego jak tylko ją słyszy; nie możemy sobie nawet wyobrazić nazwanie dziecka „keynesowskim dzieckiem" ponieważ jego rodzice są zwolennikami keynesowskiej ekonomii. Panie Cameron, zareagował Pan na ten poważny argument wzgardliwym parsknięciem śmiechem (co było wyraźnie słychać na nagraniu) mówiąc: „Porównywanie Johna Maynarda Keynesa do Jezusa Chrystusa moim zdaniem pokazuje dlaczego do Richarda Dawkinsa nic nie dociera." Ja jednak oczywiście nie porównywałem Keynesa do Jezusa. równie dobrze mogłem użyć określenia „monetarystyczne dziecko" lub „faszystowskie dziecko" czy „postmodernistyczne dziecko". Co więcej, nie mówiłem wyłącznie o Jezusie, nie bardziej niż o Buddzie czy Mahomecie.
Co więcej, to Panu się wszystko pomyliło. Jeśli jest Pan podobny do wielu ministrów (ze wszystkich trzech partii politycznych), z którymi rozmawiałem, to osobiście nie jest Pan specjalnie religijny. Wielu ministrów i byłych ministrów edukacji, których spotykałem, zarówno z Partii Konserwatywnej jak i z Partii Pracy, nie wierzy w Boga, ale, żeby zacytować filozofa Daniela Dennetta, „wierzy w wierzenie". Przygnębiająco duża liczba inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy sami wyrośli z religii, nadal ma odczucie i nie zastanawiając się nad tym zakłada, że religia jest w jakiś sposób „dobra" dla innych, dobra dla społeczeństwa, dobra dla społecznego ładu, dobra dla wdrażania moralności, dobra dla zwykłych ludzi, chociaż my jej nie potrzebujemy. Protekcjonalne? Tak, ale czy nie to właśnie kryje się za entuzjazmem kolejnych rządów dla szkół wyznaniowych?
Baronesa Warsi, Pana minister bez teki (i nie z wyboru), z wielkim wysiłkiem informowała nas, że ta koalicja rządowa „dba o Boga" . Jednak my, którzy was wybraliśmy, na ogół tego nie robimy. Możliwe, że ostatni spis odnotował nieznaczną większość stawiającą krzyżyk w rubryce „chrześcijanin". Jednakże brytyjski oddział Richard Dawkins Foundation for Reason and Science zamówił w tygodniu po spisie badania Ipsos MORI. Po ich publikacji będziemy mogli zobaczyć jak wielu z tych, którzy określili się jako chrześcijanie, jest w rzeczywistości wierzących.
Tymczasem opublikowane właśnie badania British Social Attitudes wyraźnie pokazują, że poczucie przynależności do danego wyznania, praktyki religijne, religijne podejście do kwestii społecznych od dłuższego czasu mają tendencję spadkową i dziś są bez znaczenia dla wszystkich, z wyjątkiem niewielkiej części populacji. Jeśli idzie o wybór stylu życia, o postawy społeczne, dylematy moralne, poczucie tożsamości, religia dogorywa, nawet dla tych, którzy nadal werbalnie identyfikują się z religią.
To dobra wiadomość. To dobra wiadomość, ponieważ kiedy nasze wartości, poczucie tożsamości, uzależnione są od religii jesteśmy naprawdę uwiązani. Sama idea, że mamy czerpać naszą moralność z Biblii czy z Koranu przeraża dziś każdego porządnego człowieka, który zadaje sobie trud przeczytania tych ksiąg, a nie tylko wybiera fragmenty, które są zgodne z dzisiejszym świeckim konsensusem. A jeśli idzie o paternalistyczne założenie, że ludzie potrzebują obietnicy życia pozagrobowego (lub obscenicznych gróźb tortur w piekle), żeby mogli być moralni, to jest to obrzydliwie niemoralna motywacja moralności. To co stanowi więź między nami, co skłania nas do empatii i współczucia — nasza dobroć — to coś znacznie ważniejszego, bardziej fundamentalnego i silniejszego niż religia: to nasze poczucie człowieczeństwa, wyprowadzone z naszego przedreligijnego, ewolucyjnego dziedzictwa, ulepszone i udoskonalone, jak pokazuje profesor Steven Pinker w The Better Angels of Our Nature, przez wieki świeckiego oświecenia.
Kraje ze zróżnicowanym i w znacznym stopniu świeckim społeczeństwem, takie jak Wielka Brytania, nie powinny w żadnych sferach życia publicznego w bardziej uprzywilejowany sposób traktować wierzących niż niewierzących. Rząd, który w ten sposób postępuje, działa w sprzeczności z dzisiejszą demografią i nowoczesnymi wartościami. W lutym tego roku, kiedy wygłaszał Pan swoje znakomite i niesłusznie krytykowane przemówienie o zagrożeniach „wielokulturowości", wydawało się, że Pan to rozumie. Nowoczesne społeczeństwo wymaga i zasługuje na świeckie państwo, przez które rozumiem nie państwo ateistyczne, ale państwową neutralność we wszystkich sprawach dotyczących religii: wyznanie wiary jest sprawą osobistą i państwo nie ma tu nic do roboty. Jednostki muszą mieć swobodę „dbania o Boga" jeśli mają na to ochotę, jednak rząd z pewnością nie powinien tego robić.
Składając najserdeczniejsze życzenia dla Pana i Pana rodziny, życzę wesołych Świąt Bożego Narodzenia.
Richard Dawkins
skomentuj (0)
Premier Tusk zapowiada głębokie ekonomiczne i społeczne reformy bez zmian w kulturze i edukacji. Tak jednak się nie da.
W czasach realnego socjalizmu nie udało się przeprowadzić żadnych poważnych reform ekonomicznych, bo przeszkadzała im ideologiczna nadbudowa, której władza trzymała się kurczowo. Nie dało się wprowadzić nowoczesnej gospodarki gwarantującej dobrobyt przy zachowaniu socjalistycznych dogmatów, na których opierało się życie społeczne. Nie można bowiem mieć wolnego rynku w zniewolonym społeczeństwie, nie można mieć wolnego społeczeństwa bez wolnego rynku.
Ta zależność ekonomii od panującej ideologii, światopoglądu czy etosu (lub jego braku) widoczna jest wszędzie, choć na różne sposoby. Nawet jeśli będziemy sobie wmawiać, że "kultura socjalistyczna" była narzucona i krótkotrwała, a dzisiejsza jest "piastowska, wieczna i nasza własna" - to wspomniana zależność pozostanie.
Tymczasem premier Tusk zapowiada głębokie ekonomiczne i społeczne reformy bez zmian w kulturze i edukacji. Premier mówi: "Żadnej rewolucji obyczajowej nie będzie". Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie, tradycji co tradycyjne: kobiety niechaj więc pozostaną w domu, lud niech modli się w kościele, życie (poczęte) niechaj będzie święte, rodzina - na wieki - heteroseksualna, młodzież niechaj przyswaja prawdy katechezy i nabiera chęci do ciągłej walki o niepodległość Polski i tylko Polski.
Nie da się jednak - w moim przekonaniu - przedłużyć wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn bez rewolucji w modelach wychowywania oraz socjalizowania kobiet i mężczyzn. Nie da się zmienić spadającej na łeb i szyję demografii bez złamania kilku kulturowych i religijnych tabu, takich jak "święta rodzina", "naturalne poczęcie", "
dziecko musi być z matką", oraz bez polityki socjalnej prowadzonej na bazie feministycznej ekonomii, to znaczy takiej, która uwzględnia dochód z
pracy domowej. Nie da się skutecznie prowadzić polityki proekologicznej bez wpływu na prywatny styl życia obywateli, a zwłaszcza bez odrzucenia głębokiego kulturowego i religijnego przekonania, że "Ziemia została nam oddana w panowanie". Nie da się zwiększyć kapitału społecznego bez energicznych kulturowo-edukacyjnych działań państwa, alternatywnych wobec działań Kościoła (nowoczesna edukacja obywatelska, etyka w szkołach, świeckie "świetliki"). Nie da się stworzyć społeczeństwa równych szans bez wprowadzenia mechanizmów wspierających (np. kwoty) wobec tych (np. kobiety), którzy znajdują się w gorszym położeniu z racji nie tylko ekonomicznych, ale i kulturowych (stereotypy, uprzedzenia). A to jest przecież związane z ogromną rewolucją w kwestii obyczajów i publicznych praktyk.
Kilka lat temu Michał Boni w prognozie "
Polska 2030" wykazał, że na świecie szybki
wzrost gospodarczy z reguły poprzedzony jest głębokimi zmianami kulturowymi związanymi z promowaniem społeczeństwa posttradycyjnego i takich wartości jak: różnorodność, równość, indywidualizm, tolerancja, otwartość, prawa kobiet i homoseksualistów. Bez zmian kulturowych, bez rewolucji obyczajowej, bez ograniczenia wpływów religii na sferę wychowania, socjalizacji i kształt ról społecznych nie da się wprowadzić żadnych głębszych reform społecznych, a bez nich - i ekonomicznych. No, chyba że zaprowadzą je wzbogaceni podwyżkami policjanci i wojskowi.
Więcej... http://wyborcza.pl/1,86116,10691279,Ulomna_nowoczesnosc_Tuska.html#ixzz1eXGfJHB5
skomentuj (0)
Premier Tusk zapowiada głębokie ekonomiczne i społeczne reformy bez zmian w kulturze i edukacji. Tak jednak się nie da.
W czasach realnego socjalizmu nie udało się przeprowadzić żadnych poważnych reform ekonomicznych, bo przeszkadzała im ideologiczna nadbudowa, której władza trzymała się kurczowo. Nie dało się wprowadzić nowoczesnej gospodarki gwarantującej dobrobyt przy zachowaniu socjalistycznych dogmatów, na których opierało się życie społeczne. Nie można bowiem mieć wolnego rynku w zniewolonym społeczeństwie, nie można mieć wolnego społeczeństwa bez wolnego rynku.
Ta zależność ekonomii od panującej ideologii, światopoglądu czy etosu (lub jego braku) widoczna jest wszędzie, choć na różne sposoby. Nawet jeśli będziemy sobie wmawiać, że "kultura socjalistyczna" była narzucona i krótkotrwała, a dzisiejsza jest "piastowska, wieczna i nasza własna" - to wspomniana zależność pozostanie.
Tymczasem premier Tusk zapowiada głębokie ekonomiczne i społeczne reformy bez zmian w kulturze i edukacji. Premier mówi: "Żadnej rewolucji obyczajowej nie będzie". Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie, tradycji co tradycyjne: kobiety niechaj więc pozostaną w domu, lud niech modli się w kościele, życie (poczęte) niechaj będzie święte, rodzina - na wieki - heteroseksualna, młodzież niechaj przyswaja prawdy katechezy i nabiera chęci do ciągłej walki o niepodległość Polski i tylko Polski.
Nie da się jednak - w moim przekonaniu - przedłużyć wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn bez rewolucji w modelach wychowywania oraz socjalizowania kobiet i mężczyzn. Nie da się zmienić spadającej na łeb i szyję demografii bez złamania kilku kulturowych i religijnych tabu, takich jak "święta rodzina", "naturalne poczęcie", "
dziecko musi być z matką", oraz bez polityki socjalnej prowadzonej na bazie feministycznej ekonomii, to znaczy takiej, która uwzględnia dochód z
pracy domowej. Nie da się skutecznie prowadzić polityki proekologicznej bez wpływu na prywatny styl życia obywateli, a zwłaszcza bez odrzucenia głębokiego kulturowego i religijnego przekonania, że "Ziemia została nam oddana w panowanie". Nie da się zwiększyć kapitału społecznego bez energicznych kulturowo-edukacyjnych działań państwa, alternatywnych wobec działań Kościoła (nowoczesna edukacja obywatelska, etyka w szkołach, świeckie "świetliki"). Nie da się stworzyć społeczeństwa równych szans bez wprowadzenia mechanizmów wspierających (np. kwoty) wobec tych (np. kobiety), którzy znajdują się w gorszym położeniu z racji nie tylko ekonomicznych, ale i kulturowych (stereotypy, uprzedzenia). A to jest przecież związane z ogromną rewolucją w kwestii obyczajów i publicznych praktyk.
Kilka lat temu Michał Boni w prognozie "
Polska 2030" wykazał, że na świecie szybki
wzrost gospodarczy z reguły poprzedzony jest głębokimi zmianami kulturowymi związanymi z promowaniem społeczeństwa posttradycyjnego i takich wartości jak: różnorodność, równość, indywidualizm, tolerancja, otwartość, prawa kobiet i homoseksualistów. Bez zmian kulturowych, bez rewolucji obyczajowej, bez ograniczenia wpływów religii na sferę wychowania, socjalizacji i kształt ról społecznych nie da się wprowadzić żadnych głębszych reform społecznych, a bez nich - i ekonomicznych. No, chyba że zaprowadzą je wzbogaceni podwyżkami policjanci i wojskowi.
Więcej... http://wyborcza.pl/1,86116,10691279,Ulomna_nowoczesnosc_Tuska.html#ixzz1eXGfJHB5
skomentuj (0)
Młode pokolenie, które zmieniło orientację z kruchty na technologię informacyjną, zachowało nieufność wobec innych.
Prof. Janusz Czapiński, pracuje na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, prorektor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. Od 1991 r. prowadzi we współpracy z socjologami i ekonomistami badania poświęcone społecznym i psychologicznym problemom transformacji ustrojowej. Kierownik wieloletniego projektu badawczego „Diagnoza Społeczna”.
Rozmawia Robert Walenciak
– Czy Polacy są narodem stabilnym? Rok temu mieliśmy wielką wojnę o krzyż na Krakowskim Przedmieściu, śpiewy. A teraz mamy Palikota i 10%, które dostał... Polacy tak od ściany do ściany?
– 10% to już było, zanim Palikot wszedł w te wybory. Nie jest tak, że raptem ci ludzie przejrzeli na oczy. Oni byli, tylko mało o nich mówiono i nie dostrzegano ich, ponieważ nie mieli swojej reprezentacji politycznej, praktycznie nie istnieli w mediach, nie wspominając o trybunie sejmowej. Palikot po prostu zagwizdał na zbiórkę!
– I ci ludzie przybiegli... Społeczeństwo tak nam się zmieniło?
– Ono się zmienia od samego początku transformacji. To proces nieodwracalny, jednokierunkowy. Przesłanką tej zmiany jest ogromny bum edukacyjny. Szkoła jednak zmienia ogląd świata... A myśmy awansowali z niecałych 7% osób z wyższym wykształceniem do 25%! W młodym pokoleniu to już jest ok. 40%. Nic więc dziwnego, że ci ludzie zaczęli inaczej myśleć. Polacy zaczęli też wyjeżdżać. Posmakowali innego powietrza, innej kultury, innych relacji między ludźmi. No i to też im dało do myślenia. Za bumem edukacyjnym, za otwarciem na świat i dostrzeżeniem szerszych perspektyw poszły dalsze zmiany kulturowe. Nastąpiła stopniowa zmiana norm, przekonania, co jest istotne, a co nie, co jest passé, a co jest przyszłością.
– A co stało się passé i co jest przyszłością?
– Passé stał się ogromny repertuar konserwatywnych, tradycyjnych polskich wartości, np. tradycyjne małżeństwo. Co prawda, ciągle większość dorosłych Polaków żyje w formalnym związku małżeńskim, ale rośnie też grupa ludzi, którzy nie chcą się wiązać w tego typu instytucję. Dzieci są już trochę passé... Bo są inne atrakcje życia, ale i kłopot z godzeniem kariery zawodowej z wychowywaniem potomstwa. Stopniowo następuje reorientacja w sposobie myślenia.
PiS kruszeje powoli
– Rozmawialiśmy kilkanaście miesięcy temu i mówił pan, że Polacy są narodem nieufnym, konserwatywnym, że w zasadzie PiS ma olbrzymi rezerwuar poparcia, który mogłoby wykorzystywać, i gdyby dobrze grało, toby rządziło a rządziło...
– I niewiele straciło z tego rezerwuaru. Ale traci. Odbywa się to stopniowo, w sposób naturalny, elektorat PiS składa się głównie z osób starszych, gorzej wykształconych i stopniowo się wykrusza – o tym decydują procesy biologiczne. Ale, moim zdaniem, PiS absolutnie miało szansę zdobyć 40% głosów w tych wyborach, to jest jego potencjał. A cztery lata temu mogło liczyć nawet na 50%! Ten proces nieuchronnie działa na niekorzyść grup konserwatywnych, związanych silnie z Kościołem. Może nie z samym Kościołem powszechnym, tylko tym polskim, parafialnym.
– Erozja tego wielkiego elektoratu jest nieuchronna.
– Te wybory to był ostatni dzwonek alarmowy dla PiS. Jeszcze nie są przesądzone wyniki wyborów za cztery lata, może być różnie, choć przy tym sposobie uprawiania polityki...
– Myśli pan o wojnie wewnątrz PiS, o frakcji Ziobry...
– Tak. To jest, nawiasem mówiąc, powrót do normy prawicowej. Przez prawie 20 lat, do czasów powstania PiS, normą na prawicy było rozbijanie. Raz im się udało zrobić patchwork w postaci AWS, ale gdy tylko zaczęły się schody, wszystko się rozbiegło.
– Takie zachowanie na prawicy to norma kulturowa?
– To jest silny element mentalności tych ludzi – jeśli ja mam rację, to absolutnie nikt inny nawet połowy racji nie może mieć. Moje musi być na wierzchu. Więc Ziobro woli, żeby go wyrzucili, niż żeby miał się ukorzyć. Nawet jeśli zaszkodzi tym PiS i sobie. No, przy takim stanie rozchwiania PiS ten dzisiejszy dzwonek alarmowy może niewiele mu pomóc i za cztery lata nie będzie mobilizacji na prawicy. Poza tym z Kaczyńskiego w znacznym stopniu uszło powietrze. On już nie jest tym fighterem, jakim był jeszcze w 2007 r.
– Ale potencjał wciąż ma.
– Ma, tylko że potencjałem się nie wygrywa. Wygrywa się zmobilizowanym potencjałem. A szansa na zmobilizowanie tych 40% z roku na rok będzie gwałtownie maleć.
Coraz dalej od Kościoła
– Mamy więc pewną zmianę kulturową. W czym ona się przejawia? W stosunku do Kościoła?
– Przejawia się w bardzo różnych wymiarach, nie tylko w wymiarze przywiązania do parafialnego polskiego Kościoła... Ale ponieważ jest to dobra miara, używa się jej.
– Pokazując, jak słabnie zaangażowanie religijne...
– Choćby to... Weźmy pod uwagę tylko tych, którzy w ogóle nie chodzą do kościoła. Na początku transformacji, w 1992 r., było ich 13%. Po ośmiu latach, w roku 2000 – już 26%. I po kolejnych 10 latach – 33%. Tendencja jest stała, nie ma żadnych wahań. Za każdym razem, gdy robiliśmy kolejną edycję „Diagnozy Społecznej”, było o te 2-3% mniej tych, którzy w ogóle chodzą do kościoła, nie mówiąc o tych, którzy chodzą regularnie. To oczywiście pociąga za sobą wiele innych spraw.
– To znaczy?
– Kościół indoktrynuje, więc jeśli ktoś w ogóle się tam nie zjawi, będzie odcięty od tej propagandy. Co prawda, ma jeszcze możliwość włączenia stacji katolickich, ale raczej ich nie włączy. I stopniowo przekaz tradycyjno-bogoojczyźniany będzie mu się w umyśle zacierał.
– To kolejny wymiar kulturowej zmiany.
– O tak! Przecież funkcjonuje polski tradycyjny patriotyzm, którego głównym wyróżnikiem jest historia. Historia o charakterze martyrologiczno-bohaterskim – tym Polacy żywią swoją tożsamość społeczną. Jestem w tym miejscu, mam takich i takich bohaterów, niesprawiedliwie przegrane bitwy, bo inni są niemoralni, oszukują, nastają na naszą niepodległość itd.
– I to przekonanie z roku na rok ma coraz mniej wyznawców?
– Zmienia się kontekst patriotyzmu. To coraz częściej nie jest już patriotyzm historyczno-bogoojczyźniany, tylko nowocześniejszy – że mają porządnie funkcjonować urzędy, żeby nie krzywdzić obywateli, ma być więcej sprawiedliwości w podziale różnego rodzaju dóbr, żaden Polak nie powinien umierać z chłodu, głodu i braku opieki medycznej... Że czujemy dumę z dzisiejszej Polski. To nie ma nic wspólnego z patriotyzmem dominującym wśród zwolenników PiS, nawet hasła są zupełnie inne.
Energetyczni Polacy
– Mija więc polska nieufność jednego do drugiego?
– Nie. Pan wspomniał, że mówiłem niedawno, że rysem polskiego społeczeństwa, zwłaszcza w kontraście do krajów Europy Zachodniej, jest brak zaufania, generalnie niski poziom uspołecznienia, poczucie wspólnoty jedynie w sosie historycznym, już nie w otoczeniu żywych sąsiadów. Pod tym względem niewiele się zmieniło. Także młode pokolenie, które zmieniło orientację z kruchty na technologię informacyjną, zachowało, poprzez silny kulturowy przekaz międzypokoleniowy, nieufność wobec innych. Brak gotowości do podejmowania współpracy. Boleję nad tym. To nasza kula u nogi i musimy ją odciąć. Bo inaczej za kilka lat już nie będziemy szli do przodu, tylko czeka nas stagnacja.
– Kościół ma coraz mniej do powiedzenia, więc coraz więcej do powiedzenia mają wielkie centra handlowe? One wygrywają, jeśli chodzi o kulturowe wpływy?
– Bardziej, moim zdaniem, wygrywają media. Wielkie centra to efekt oddziaływania mediów. Na zasadzie: no zobacz, jak pięknie wygląda życie! Jakie jest kolorowe! Ile tam jest atrakcji, obejrzałeś je na ekranie, to teraz pooglądaj je na żywo...
– Hedonizm wygrywa rozpasły...
– Nie. Badania pokazują, że w Polsce jest zdecydowana mniejszość hedonistów niż tych, którzy stawiają na poszukiwanie sensu życia. Bo to nie jest tak, że większość biega w każdej wolnej chwili do galerii handlowych. Choć owszem, charakterystycznym rysem, który zaczął być widoczny w mentalności i postawach Polaków po zmianie systemu, jest materializm. Ciągłe gonienie za pieniędzmi i takie nieustawanie w próbach poprawy standardu własnego życia. Najlepiej z dnia na dzień. Bez specjalnego czekania. Ale to jest z kolei sygnał, że Polacy są bardzo energetyczni. Są odporni, zadziorni, trochę jak te bulteriery. Wsadzą gdzieś przynajmniej połowę stopy, jak bulterier połowę kufy, i koniec. Już nie wyjmą, choćby kości pękały.
– Na tle Europejczyków jest to widoczne?
– Tak. Tamci klapnęli, żyją w depresji.
– A tu nienachapane towarzystwo...
– Które ma sporo rzeczy do załatwienia i silną motywację, żeby zdobyć to, o co mu chodzi.
– Polak ocenia Polaka, patrząc na to, co posiada?
– Na całym świecie ludzie tak się oceniają. Wszystkim zależy na odpowiednim uplasowaniu się na drabinie prestiżu społecznego, to akurat Polaków nie wyróżnia. Za to wyróżnia ich ten nieustający zapał.
Różni gwizdali, uwierzono jednemu
– Powiedział pan, że Palikot gwizdnął na zbiórkę. Ale przecież byli inni, którzy wcześniej gwizdali. Była partia Racja, był SLD...
– Palikot tym się różnił od partii Racja, że był powszechnie rozpoznawany. I w dużej mierze za to, co robił i jak robił, był na wejściu akceptowany. Poza tym, co ważniejsze, przekaz Palikota był zdecydowanie bardziej uniwersalny niż przekaz wszystkich tych środowisk, które połączył. Bo to nie był wyłącznie antyklerykalizm, dominujący w „NIE” czy w partii Racja. To były generalnie sprawy zmiany norm obyczajowych. A potem do tego doszło funkcjonowanie państwa, co sprawiło, że Palikot zyskał przychylność wielu przedsiębiorców i biznesmenów. Oni nie zapomnieli, że szefował komisji Przyjazne Państwo. Oczywiście, niewiele udało mu się załatwić, ale to wystarczyło, by był postrzegany jako ten, który chce rozwalić absurdy biurokracji. Tak więc rozpoznawalność i w miarę uniwersalny przekaz polityczny zdecydowały o tym, że był widoczny.
– A SLD?
– Grzechem pierworodnym tej formacji, który był początkiem schyłku ugrupowania, było rozwiązanie LiD, czyli utrata pewnych całkiem sensownych środowisk. Później SLD też miał swoje szanse, ale w ostatnich wyborach łatwo dał sobie zabrać elementy programowe związane ze zmianą kulturową, zmianą obyczajową, także zmianą relacji między państwem a Kościołem.
– Oni mówią, że mieli te rzeczy w swoim programie.
– Być może, ale wyborca tego nie zauważył. Wyborca ciągle oglądał jakąś książkę na ekranie. A z książką wyborów się nie wygrywa.
– Tylko z liderem, który ma osobowość, który przyciąga?
– Palikot był rozpoznawalny i akceptowany przez sporą grupę Polaków. Ale istotniejsze jest to, że sprawiał wrażenie człowieka, który wierzy w to, co mówi. Z silnym napędem, przekonaniem do swojej racji. Który jest pewny dobrego wyniku i głośno o tym mówi.
– Napieralski też mówił, że będzie miał dobry wynik.
– Ale mówił to takim głosem, że nikt mu nie wierzył.
Lista spraw na wiek XXI
– Mówiliśmy o tendencji, która trwa, i że jest to ruch w jedną stronę. Jak można tę tendencję scharakteryzować? Na pewno chodzi o zmiany obyczajowe...
– ...ale i o porządki w biurokracji, o zmianę reguł gry w relacjach państwo-obywatel, z naciskiem na swobody obywatelskie. Przekonanie, że państwo nie może zbyt głęboko ingerować w to, co ludzie robią. Czy palą trawkę, czy nie palą, czy chcą mieć dzieci czy nie... Jeśli Palikot chce rzeczywiście utrzymać się w tym diapazonie centrolewicowym, musi się zainteresować tymi, którzy nie dają sobie rady, wszystko jedno, czy z własnej winy czy nie z własnej. Musi zwrócić uwagę na tych ludzi, ponieważ Polska nie jest już tak biednym krajem jak w roku 1990 i stać już nas na opiekę nad wykluczonymi.
– Polacy tak uważają?
– Polacy są przywiązani do zasady sprawiedliwości społecznej. I nikt obok siebie nie chciałby widzieć aż tylu ofiar zmiany systemowej. Nikomu nie odpowiada bliska obecność bezdomnych. Czy sąsiadów, którzy nie są w stanie nakarmić swoich dzieci. I myślę, że nikt nie będzie miał pretensji do polityków, także wśród bogatych, o to, że widzą również tych, którym się w życiu nie powiodło.
– I to się uda?
– Jeżeli ludzie będą chcieli takich rozwiązań... Poza tym zostanie złagodzona ustawa antyaborcyjna, wreszcie będzie dofinansowane in vitro, krzyża w Sejmie nie będzie, wreszcie przytułki dla bezdomnych nie będą przypominać slumsów, tylko będą funkcjonowały jako azyl dla ludzi, którym się nie powiodło... Sądzę, że Polska jest na drodze takiego ułożenia sobie relacji obyczajowo-ekonomiczno-administracyjnych, żeby można było powiedzieć, że jesteśmy w XXI w., a nie na początku XX.
– Znajdą się odważni, którzy będą zdejmować krzyże?
– Co to znaczy – odważni? Prawo sprawę ureguluje! I dozorca przyjdzie i zdejmie.
– Ale większość Polaków jest przeciwna zdejmowaniu krzyża!
– Dziś! Ale to się będzie zmieniać. Tym szybciej, im bardziej będzie szła w zaparte hierarchia kościelna.
– A nie zaowocuje to konfliktem – z jednej strony będą stali twardzi lewicowcy, z drugiej – nieprzejednana prawica?
– Nie będzie twardości ani po jednej, ani po drugiej stronie. Będą cywilizowane partie, które będą się różniły akcentami, a nie swoim radykalnym przeciwieństwem.
skomentuj (0)
Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale. Oczywiście chodzi tu o maszynę sejmową. Bowiem my naród, jesteśmy świadkami jak oni reprezentanci po raz kolejny zabrali się do reprezentowania nas. Wybraliśmy ich sobie i teraz patrzymy sobie na nich z zapartym tchem.
Pierwsze stacje męki parlamentarnej naszej fascynowały świat swoją dramaturgią stosunków przerywanych, swoim liberum veto, swoją sprzedajnością narodową, przez sąsiadów naszych ukochaną. Piękna to była męka parlamentarna i nawet w szkołach zagranicznych o niej z pogardą uczono. Dziś już czasy nie te i po rozbiorach naszych, po sejmokracji z międzywojnia naszego, po potulności sejmowej socjalizmu realnego, nareszcie możemy pokazać światu nową drogę krzyżową parlamentaryzmu naszego.
Oczywiście jakość parlamentarnych obrad zależy od przewodniczącego obrad, czyli w warunkach polskich od marszałka i jego/jej zastępców. W dotychczasowej historii Najjaśniejszej kobieta była już pierwszą osobą w państwie, ale drugą nigdy. Tymczasem nie tylko Ewa Kopacz została marszałkiem polskiego Sejmu, ale Wanda Nowicka została wicemarszałkiem.
Przebieg wyboru strażnika (w tym przypadku strażniczki) parlamentarnych form obradowania reprezentantów naszych był mało parlamentarny z powodu mendowatości i braku szacunku dla parlamentaryzmu ze strony reprezentantów wybranych przez pobożniejszą część narodu naszego.
Z pobożniejszej części Sali Plenarnej Sejmu RP wyszły również opory (opary?) przeciw kandydaturze Wandy Nowickiej, która to Wanda krzyża nie chciała, ale zaatakowano ją głównie z innej flanki.
Wybieranie strażniczek i strażników parlamentarnych form obradowania reprezentantów naszych zakończyło się zgodnie z planem, ale i zgodnie z tradycją naszą warcholstwa lubego ukochanego jedynego.
Tak czy inaczej zaczęła się kolejna stacja drogi krzyżowej naszego parlamentaryzmu. Nowością tej stacji jest Palikot i jego drużyna. Ta nowość zepchnęła na drugi plan pierwszoplanową nowość, a wiec fakt, że w historii parlamentaryzmu naszego nie obdarzaliśmy po dwakroć zaufaniem tej samej partii w wolnych wyborach. Nie było tych wolnych wyborów znowu tak wiele, ale wystarczająco, żeby można było mówić o tradycji „oni już rządzili, następny proszę". Polityków obstawia się u nas jak totka z nieustającą nadzieją na kumulację. Tymczasem nagle a niespodziewanie Sejm nowy, a rząd właściwie ten sam.
A w Sejmie Palikot i drogi krzyżowej parlamentaryzmu naszego nowa odsłona, lub jak powiada wódz pobożniejszej części reprezentantów naszych, tych wybranych przez pobożniejszą część narodu naszego: „wybuchła wojna cywilizacyjna".
Cywilizacja nocnego wieszania krzyży starła się z cywilizacją pytania, czy to aby słuszne. Do walnego starcia jeszcze nie doszło, harcownicy harcują. Bezbożni i źle wierzący złożyli na ręce marszałka wniosek, pobożni uderzyli w surmy. Michalik arcy nasz biskup wyskoczył i na wroga krzyknął:
Usunięcie krzyża cofnie nas w czasie do barbarzyństwa.
Czytałem o tym na portlu onetu, gdzie pod wiadomością, zbiegiem okoliczności, na skutek zmyślności wyszukiwarki lub w wyniku świadomego zabiegu redaktora dostrzegłem notkę:
Zobacz najciekawsze reportaże:
W całych Stanach Zjednoczonych żyją setki księży, którzy wykorzystywali seksualnie małoletnich. W społeczeństwie nikt nie uświadamia sobie tego, że mogą oni nadal stanowić niebezpieczeństwo. Od lat 50-tych w USA prawie 6000 księży zostało oskarżonych o seksualne molestowanie dzieci — wynika z danych udostępnionych przez amerykański Kongres Biskupów Katolickich. Tylko nieliczni spośród oskarżonych stanęli przed sądem.
W ocenie abpa Michalika — jak czytamy w wiadomości onetu — nieporozumienie wokół krzyża płynie głównie stąd, że nie ma zrozumienia, czym jest krzyż. — Jest on nauczycielem miłości nieprzyjaciół, a nawet więcej — przebaczenia. Jeśli chcemy to przykazanie krzyża wycofać, to rzeczywiście usuńmy krzyże z miejsc publicznych i z serc. Ale cofniemy się wówczas do interesu, egoizmu, do barbarzyństwa, które nie jest nowoczesnością współczesnego świata — mówił przewodniczący Episkopatu naszego.
Nasz pierwszy premier parlamentarnej Rzeczpospolitej, Tadeusz Mazowiecki, zabrał głos, publikując z okazji pierwszego posiedzenia nowego Sejmu artykuł na łamach „Gazety Wyborczej".
Architekt obecnych relacji między państwem i Kościołem tak objaśnia projektowaną niegdyś przez siebie zmianę:
Przyjęliśmy w Polsce po roku 1989 model przyjaznego rozdziału Kościoła i państwa, w odróżnieniu od tego modelu, który istniał w czasach komunizmu. Był to model państwa wrogiego Kościołowi, państwa ideologicznego.
W Europie demokratycznej istnieją pod tym względem różne tradycje. Francja jako wynik jeszcze wielkiej rewolucji utrzymuje całkowitą separację Kościoła i państwa, choć obecnie państwo wspiera szkolnictwo katolickie. Jest to jednakże daleko posunięta separacja hołdująca zasadzie, że religia jest sprawą prywatną.
Nasz model wychodził z założenia, że światopogląd wpływa na postawę obywateli, kształtuje ją i nie jest tylko sprawą prywatną. Przede wszystkim zaś przyjmował za ważne dziedzictwo Kościoła w historii Polski, w tym najnowszej. Rozdział czy poszanowanie wzajemnej autonomii jest niezbędne, ale niezbędne jest także współdziałanie.
Ten przyjazny charakter rozdziału Kościoła i państwa przeżywa dziś pewien kryzys. Złożyły się nań różne zdarzenia, przede wszystkim instrumentalne wykorzystywanie Kościoła przez niektóre partie do akcji politycznych, np. wyborów. W proteście pojawiają się dziś postulaty wyparcia Kościoła i religii z życia publicznego. Ostry antyklerykalizm i dążenie do absolutnej separacji.
Powinniśmy ocalić ten przyjazny model rozdziału Kościoła i państwa. Dziś powinien uświadomić to sobie sam Kościół hierarchiczny w Polsce, umieć wyciągnąć wnioski, uznawać i umacniać świeckość państwa i autonomię sfery politycznej.
Tadeusz Mazowiecki pisze o „instrumentalnym wykorzystywaniu Kościoła przez niektóre partie do akcji politycznych, np. wyborów", co bez wątpienia obserwowaliśmy, zarówno w zachowaniach tak jego partii politycznej, jak i innych, nie pisze jednak o stałych dążeniach Kościoła, zmierzających do zawłaszczenia państwa, nie pisze o instrumentalnym traktowaniu państwa przez ten Kościół, o instrumentalnym traktowaniu wierzących (i nie tylko wierzących) polityków przez hierarchów.
Przy całym szacunku dla Tadeusza Mazowieckiego, jest to delikatnie mówiąc wypaczony obraz, który nie pozwala zrozumieć ani obecności tego konkretnego krzyża na tej konkretnej ścianie, ani sytuacji, w której polski parlamentaryzm się znalazł, w niemałym stopniu z powodu ślepego zaufania Tadeusza Mazowieckiego i jego otoczenia do uczciwości jego Kościoła.
Tadeusz Mazowiecki rozpoczyna swój artykuł od pojęcia kompromisu, które w polskiej kulturze, w polskiej tradycji, ma negatywną konotację
Demokracja — pisze Tadeusz Mazowiecki — wymaga minimalnej choćby zdolności do dialogu i do kompromisu. To ostatnie jest dla nas Polaków trudne, ponieważ przyzwyczailiśmy się przy słowie „kompromis" dodawać „zgniły", jakby każdy kompromis był taki z samej swej natury.
Faktycznie, tradycja warcholstwa naszego nie akceptuje kompromisu, a równocześnie prawdziwy kompromis wymaga elementarnej uczciwości, tymczasem biskupi niczego takiego nie znają i niczego takiego nie nauczają.
Z tym krzyżem jest trochę tak jak z wibratorem w dłoni Palikota. Wibrator w dłoni Palikota był zaledwie ilustracją tego, co stało się w pewnym komisariacie policji, gdzie kobieta została zgwałcona przez człowieka, którego zadaniem jest chronienie bezpieczeństwa obywateli. Wówczas to pobożna część społeczeństwa naszego nie dostrzegła gwałtu, dostrzegła wibrator. Gwałt przez policjanta uznała za rzecz naturalną, nie budzącą gwałtownych emocji. Chuj z gwałtem, ten cham pokazał wibrator — dała do zrozumienia pobożna część narodu naszego ustami swoich politycznych i medialnych przedstawicieli.
To wulgarne zdanie, które zapewne wzbudzi protesty czytelników, wydaje się być wyjęte z preambuły do polskiego parlamentaryzmu, wydaje się wyjaśniać trudność szukania kompromisów, niechęć do samej idei kompromisu opartego na zrozumieniu, o czym mówi strona, z którą można by zawrzeć kompromis, gdybyśmy przypadkiem wiedzieli w jakiej sprawie.
Inny były premier i również katolicki polityk, Kazimierz Marcinkiewicz stwierdził, że używanie krzyża do celów politycznych jest rzeczą fatalną. Nie dowiedziałem się jednak, czy jego zdaniem fatalny był wniosek o usuniecie bezprawnie powieszonego krzyża, czy fatalne było jego powieszenie, czy fatalne jest wspominanie słowa „krzyż" w Sejmie naszym Rzeczpospolitej naszej. Parlamentarnie nasz były premier z tej całej sprawy wybrnął.
Wyraźniej pisze o sprawie krzyża Ludwik Stomma w „Polityce" (45/2011). „Krzyż w Sejmie - pisze Stomma, profesor antropologii i felietonista "Polityki" - jest symbolem sprzecznym z obiecywanym nam modelem rozdziału państwa i Kościoła". Na czym ten rozdział polega próbuje nam wyjaśniać dalej:
..na tym, że wchodząc do urzędu państwowego, instytucji państwowej, biorąc udział w państwowych uroczystościach, wchodzę w przestrzeń, prócz państwowej, pozaideologiczną. Urzędnik rozpatrujący moją petycję sprawdza jej zgodność z prawem, ze swoimi kompetencjami i koszmarnym plikiem okólników piętrzących się na jego biurku. (...) Urzędnika nie ma prawa obchodzić moje pochodzenie etniczne, wyznanie, gusta seksualne, strój i tatuaż na prawym bicepsie. (...) Krzyż zawieszony w urzędzie łamie te wszystkie, zdawałoby się elementarne zasady. Wchodząc wiem już, że w tym biurze liczy się nie tylko obywatelstwo, ale również wyznanie i jak nie jestem spod tego znaku, to mam na wstępie mniejsze szanse. A to już jest i układ i korupcja.
Kiedy Tadeusz Mazowiecki był premierem, krzyża w Sejmie nie było, nie dlatego, że nadal lękano się komunistów, a raczej dlatego, że dominujący w ówczesnym Sejmie katolicy mieli inne wyobrażenie modelu rozdziału państwa i Kościoła. Obawiam się, że Tadeusz Mazowiecki robi dziś zbolałą minę do złej gry. Nie wypowiada się aż tak mętnie jak Marcinkiewicz, ale nadal próbuje nie powiedzieć wyraźnie ani co ma na myśli, ani tego, gdzie się pogubił.
Pisząc dziś, w 2011 roku, w 20 lat po swoim urzędowaniu, że: "Nasz model wychodził z założenia, że światopogląd wpływa na postawę obywateli, kształtuje ją i nie jest tylko sprawą prywatną" były premier przyznaje, iż świadomie działał na rzecz budowy państwa częściowo wyznaniowego, państwa pozorowanej zaledwie neutralności światopoglądowej.
Oczywiście między postawą Tadeusza Mazowieckiego, a postawą innego byłego premiera, a dziś przywódcy wybranej przez pobożniejszą część narodu opozycji — Jarosława Kaczyńskiego, różnica jest, można powiedzieć, zasadnicza. Tadeusz Mazowiecki był dyskretnym, dyplomatycznym narzędziem Kościoła katolickiego (i, dodajmy, bezwzględnie uczciwym człowiekiem), Jarosław Kaczyński jest młotem tego Kościoła, traktującym równocześnie ten Kościół instrumentalnie.
Wybrany przez pobożniejszą część społeczeństwa polityk powiedział wprost: „w Polsce wybuchła wojna cywilizacyjna, sprawa krzyża jest tutaj tylko symbolem".
PiS przygotował projekt o ochronie krzyża nad drzwiami Sali Plenarnej Sejmu RP. W dokumencie tym czytamy m. in., że dokument ten:
„...wyraża sprzeciw wobec zamiarów usunięcia krzyża z sali obrad Sejmu oraz ma nadzieję, że podobne inicjatywy nie będą podejmowane w przyszłości". Dokument podkreśla, że krzyż „jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla innych ludzi, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw".
Janusz Palikot tłumaczył mediom i mniej pobożnej części społeczeństwa, że domaga się „zdjęcia krzyża nie tylko ze względu na niezgodność z konstytucją, ale również dlatego, że PiS doprowadził do sytuacji, w której krzyż katolicki w Polsce jest znakiem partyjnym".
Obłudnie zachowuje się Jarosław Kaczyński i inni politycy PiS, którzy mówią, że zdjęcie krzyża z sali sejmowej jest to atak na krzyż. To jest obrona krzyża, żeby do końca nie został znakiem partyjnym.
Dla obserwatora ciekawe jest kto i co usłyszy z tej debaty parlamentarnej toczącej się w Sali Plenarnej Sejmu RP i poza nią? Do tej bardziej pobożnej i do tej mniej pobożnej części narodu naszego strzępy jakieś docierają, wyrwane słowa, a to o Kotlinowskim, a to o smoleńsku (z małej litery pisanym, bo nie o miasto tu chodzi), to o miłości i godności oferowanej owcom przez pasterzy i tych polityków, których pasterze obdarzają zaufaniem. Tą to kakofonią umęczony nasz parlamentaryzm będzie ubabrany od stóp do głów.
Minęło czterysta lat od „pamiętnego Sejmu" 1603 roku, kiedy zaczęła się droga krzyżowa polskiego parlamentaryzmu, dyskusja o krzyżu nad drzwiami Sali Plenarnej Sejmu RP to tylko kolejna stacja męki polskiego parlamentaryzmu, której nie przerwało odzyskanie wolności w 1919, ani odzyskanie prawa do demokracji w 1989 roku.
A jednak ciekawe jak też się dalej te parlamentarne obrady w sławnej z warcholstwa Rzeczpospolitej potoczą?
Dobrzyń, 11 listopada 2011r.
skomentuj (0)
Wiemy, jak raz na zawsze zakończyć dyskusje
o miejscu Kościoła w życiu publicznym.
Zapiszmy w konstytucji, że katolicyzm
jest w Polsce religią państwową – piszą Kazimierz Bem i Jarosław Makowski.
Dla polskiej prawicy katolickiej Wielka Brytania z dnia na dzień stała się wzorem stosunków państwo – Kościół. Choć Anglia jest krajem nowoczesnym i laicyzującym się – przekonują, to – jak zauważył Jarosław Kaczyński – „obrady Izby Gmin zaczynają się od modlitwy”. Nie mielibyśmy nic przeciwko, by i w polskim parlamencie obrady zaczynały się od modlitwy, szczególnie gdyby była to modlitwa o światło rozumu dla posłów.
Mamy tylko jeden warunek: niech Kościół rzymskokatolicki pełni taką samą rolę w kraju nad Wisłą, jaką Kościół Anglii pełni nad Tamizą. A więc trzyma się z dala od polityki. Jeśli się już nią zajmuje, to kwestiami tak „politycznymi” jak ubodzy, wykluczeni czy wojna w Iraku – a nie obecnością Nergala w telewizji.
Tyle że Wielka Brytania jako wzór relacji państwo – Kościół dla Polski nie ma sensu z wielu innych powodów. Po pierwsze, przypomnijmy, że zwyczaj modlitwy w parlamencie angielskim funkcjonuje od zawsze. Polski parlament oficjalnych kapelanów nie ma i ich nie miał od 1918 roku.
Bitwa o krzyż - czytaj raport specjalny
Krzyż w sali sejmowej pojawił się dopiero w 1997 roku, powieszony ukradkiem przez dwóch posłów, którzy oprócz religijnego zacietrzewienia wykazali się niezdarnością, gdyż przy okazji zdewastowali framugę. W zdominowanym wówczas przez AWS Sejmie nie było szans na naprawienie tego aktu samowoli, a kolejne Sejmy przymykały na to oko. Ale powiedzmy wyraźnie: do 1997 r. krucyfiksu w Sejmie nie było, nie ma więc żadnej paraleli z Anglią i jej wielowiekowymi tradycjami.
Po drugie, przynajmniej formalnie Polskę i Wielką Brytanię dzieli istotna konstytucyjna różnica: Wielka Brytania ma Kościół państwowy – Kościół Anglii. Jego obronę przysięgają nie tylko monarchowie, lecz także posłowie innego niż anglikańskie wyznania. Co znamienne, katolicy na Wyspach postulują od lat rozdział Kościoła anglikańskiego od państwa. Polska, przynajmniej teoretycznie, państwem wyznaniowym nie jest, stąd powoływanie się na przykład Wielkiej Brytanii jest nieporozumieniem. Ale czy na pewno?
Oprócz krucyfiksu na mocy decyzji Sejmu w jego budynku znajduje się wyłącznie kaplica rzymskokatolicka. Nie ekumeniczna, nie wieloreligijna – ale kaplica tylko jednego wyznania.
Polityka milczącej akceptacji
Od przedszkola po liceum na koszt państwa nauczana jest religia rzymskokatolicka – nie religioznawstwo ani tym bardziej nieobecna powszechnie etyka. Oceny z religii, po kolejnych bojach, liczą się do średniej. Gdy sytuację tę zaskarżono do Trybunału Konstytucyjnego, ten szczerze przyznał (przy samotnym sprzeciwie sędzi Ewy Łętowskiej), że nie jest jego rolą zagwarantowanie innym obywatelom faktycznej równości wobec prawa.
Gdy Trybunał w Strasburgu w orzeczeniu Grzelak przeciwko Polsce w całości zakwestionował taki tok rozumowania, nasze MEN i MSZ przyjęły taktykę pójścia w zaparte. Ogłosiły, że prawo jest dobre, kuleje tylko praktyka. I nic się nie zmieniło. Także osoby kolejno pełniące funkcję rzecznika praw obywatelskich od lat wykazują ogromną inercję, gdy chodzi o narażenie się Kościołowi
rzymskokatolickiemu.
To nie wszystko: prokuratury ścigają za obrazę uczuć religijnych (zawsze katolickich) na koszt podatników. Dalej: rady gminne ogłaszają patronami katolickich świętych (w Łodzi, Zielonej Górze etc.), pod pretekstem stworzenia muzeum myśli Jana Pawła II dotuje się budowę Świątyni Opatrzności Bożej.
W dyskusji o niesławnej już Komisji Majątkowej nikt nawet słowem się nie zająknął o tym, że po roku 1945 Kościół rzymskokatolicki otrzymał od państwa dziesiątki tysięcy nieruchomości ewangelickich, za które nie zapłacił ani grosza i za które ewangelikom państwo nie przyznało ani złotówki rekompensaty. Gdyby podliczyć wartość tych nieruchomości, mamy poważną wątpliwość, czy Komisja Majątkowa byłaby w ogóle potrzebna.
A tymczasem konstytucja mówi, że władze publiczne zachowują neutralność w sprawach światopoglądowych. Dużo faktów przemawia za tym, że po 1997 roku ta konstytucyjna neutralność państwa sprowadza się do milczącej akceptacji tego, że Kościół rzymskokatolicki systematycznie wkracza w sferę państwową przy zupełnej bierności konstytucyjnych organów: parlamentu, rządu, trybunałów czy RPO. Być może jest to owa „polska specyfika relacji państwo – Kościół”, o której pisze z chlubą Tomasz Terlikowski, ale
de facto jest to psucie państwa i prawa u samej jego podstawy: konstytucji.
Nie ma jednego wzoru relacji państwo – Kościół. Ale polska rzeczywistość, gdy w aktach prawnych pisze się jedno, a robi drugie, jest i dla państwa, i dla prawa na dłuższą metę nie do utrzymania. Proponujemy inne wyjście: zmieńmy konstytucję. Mamy dwie propozycje.
Pierwsza: zapiszmy w niej wyraźnie, że Polska ma religię państwową i jest nią wyznanie rzymskokatolickie. Zapewni to nie tylko obecność krzyża, gdziekolwiek sobie ludzie zażyczą (Sejm, klasa szkolna, szpital, ulica...), lecz także religię w szkołach bez konieczności pozorowania nauki etyki. Dalej, kapelanów i kościoły na utrzymaniu państwa bez karkołomnych szarad prawnych typu „muzea myśli”. Pozwoli to także sądom na zaprzestanie stosowania „elastycznej” (słowo z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego) wykładni, która z obecnej zasady czyni wydmuszkę.
Nie chcemy być złośliwi, więc nie zaproponujemy, by biskupi zasiedli w Senacie. To prawda, że katolicy w Wielkiej Brytanii chcą rozdziału Kościoła od państwa, ale to wynika zapewne z faktu, że są mniejszością – trudno nam sobie wyobrazić, by polscy biskupi nie chcieli uczynić z katolicyzmu religii panującej.
Kościół wiernym, wierni Kościołowi
Propozycja numer dwa: zmieńmy konstytucję tak, by wyraźnie i jednoznacznie zapisać rozdział Kościoła od państwa. To wcale nie oznacza, że krzyże znikną z przestrzeni publicznej. Przeciwnie: może w końcu krzyż stanie się symbolem miłości także dla tych, którzy są niewierzący, ale żywią szacunek wobec każdej osoby, religii czy światopoglądu. Będzie to natomiast oznaczać koniec finansowania Kościoła przez państwo. Czas przejść na dobrowolne, przejrzyste i jawne utrzymanie Kościoła przez wiernych. Lekcja religii mogłaby się odbywać jako pierwsza lub ostatnia w dniu zajęć, nie będzie jednak wliczana do średniej. Lekcja taka powinna się też odbywać na koszt danego związku wyznaniowego.
Jak widać, istnieje wiele możliwych rozwiązań. Jedno chyba dla Polaków już wydaje się pewne: status quo nie da się na dłuższą metę utrzymać.
Kazimierz Bem jest doktorem prawa, pastorem ewangelicko-reformowanym i publicystą protestanckim. Mieszka w USA
Jarosław Makowski jest publicystą, filozofem i teologiem, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego
skomentuj (0)
Ostrzeżenie!
Produkt zawiera brutalności językowe (niezbędne).
Przypomnę starego Allena Ginsberga i spytam: Jakiż to sfinks...rozłupał im czaszki i wyjadł ich mózg i wyobraźnię?… Moloch! Moloch bezmiłosny! Moloch umysłu… Moloch potężny fundament wojen!
Wprawdzie amerykański, więc chyba obecnie słuszny, poeta sprzed półwiecza nie pisze wprost, że Moloch to nacjonalizm oraz religianctwo ( adoracje! objawienia! religie! łodzie pełne stosów wrażliwego gówna!),przecież właśnie o tym.
Ten moloch (ohydne bóstwo ognia, któremu składano ofiary z dzieci) tym razem narobił do głowy pewnemu starcowi.
Polskojęzyczny Ludwik Stomma, pogański socjolog i ateusz służący na Sorbonie żabojadom, co już dowodzi braku patriotyzmu, swym świetnym jak zawsze felietonem w Polityce zwrócił moją uwagę na biednego starego człowieka nazywającego się Iwo Cyprian Pogonowski. Tenże produkuje się w toaletowym pisemku, w gadzinówce Polski Szaniec (wznosi zasraniec z łajna swego szaniec)uważającej się za Pismo narodowo-patriotyczne. Pogonowski, więzień kacetu, więc zarazem straszliwy świadek procederu, twierdzi : Handel złotymi zębami w obozie Sachsenhausen zaczynał się w krematorium, gdzie przydzieleni do pracy Żydzi wyrywali obcęgami ze zwłok więźniów złote zęby, które następnie sprzedawali strażnikom i zbrodniczej kryminalnej mafii obozowej, zorganizowanej przez hierarchię kryminalistów niemieckich… Co według piszącego jest bardziej szokujące niż fantastyczne i zmyślone opisy w „Złotych żniwach" autorstwa małżeństwa Grossów, którzy zarabiają na służbie żydowskiego ruchu roszczeniowego.
W cytacie pogrubiłem wyraz, który w szczególnie ohydny, potworny, haniebny, narodowy i antysemicki sposób, zakłamuje tamtą rzeczywistość — więźniów żydowskich zmuszanych przez strażników do opisanej pracy w krematoryjnych komandach śmierci, zatem będących głównymi ofiarami holocaustu, Pogonowski (czy to jest człowiek?) pomawia o zbrodniczą sprawczość oraz o odnoszenie korzyści.
Pogonowski nie tylko szkaluje zamordowanych Izraelitów, że niby sami sobie holocaust zorganizowali, ale w osobliwy sposób broni nie tylko polskich zabójców z Jedwabnego, lecz przede wszystkim esesmanów, więc cały system hitlerowskiej zagłady. Jest zatem faszystą.Polskim, narodowo-patriotycznym. Ochrzczonym, poświęconym, działającym z aprobatą naszych dziwacznych liberałów. Paszkwilant, sam przebywający w Sachsenhausen, stawia na szali własną godność, odbiera sobie honor więźnia hitlerowskiego obozu śmierci, niszczy cześć i szacunek, jakim ofiary kacetów otaczamy. A w jakim niskim, plugawym czyni to celu? W dwóch: by zaprzeczyć oczywistemu udziałowi Polaków w nazistowskiej zbrodni holocaustu oraz pozbawić Żydów prawa do roszczeń za zrabowane przez Polaków dobra.
Widzą państwo, co to znaczy być endekiem (takie zapomniane przedwojenne pojęcie)!Patriotą betonowym, nieludzkim. Pozbawionym solidarności ze współofiarami. Ocalałym z prowadzonych na rzeź, lecz żywiącym nienawiść nie do morderców lecz ich ofiar!
Poruszony do cna tym paskudnym przypadkiem narodowościowego trądu, który tak przeżarł rozum staruszka, że chwyta się plugawych kłamstw, by bielić historię wapnem z trupów współwięźniów, nabyłem w Biedronce gumowe rękawiczki do przerzucenia w Empikupodobnychtytułów prasy patriotyczno-narodowej.
Natychmiast wpadła mi w łapę śmierdząca ohydka pod nazwą idź Pod PRĄD. Trzeba przyznać, że klozetówka, jak na możliwości umysłowe redagujących, jest zmyślna. Najpierw bowiem szczerze w lewym górnym rogu strony tytułowej informuje, że zawiera, cytuję, gówno,jeśli idzie o to, nie kłamie w żadnym szczególe, a nawet potwierdza w rozkładówce. Ponadto przekornie a chytrze operuje symbolami zamiast pokazywać rzeczy wprost. Oto tytułowa ilustracja przedstawia russkawo aficjera, z sugestią, że taki nami rządzi. Jako że wiemy wszyscy, iż krajem raczej zawiaduje papa poprzez zgraję sukienkowych, to portrecik żołnierza odczytuję jako aluzyjny obrazek artylerzysty, co walił nocami do alianckich bombowców z hitlerowskiej przeciwlotniczej artylerii, w której służył. Podobny zabieg dokonany został na rozkładówce, gdzie w rysunkowych karykaturach niby dokucza się naszym znanym politycznym postaciom, głównie liberalnym dziennikarzom, a w rzeczywistości widać wredne mordy jakichś narodowych klerykałów. Facio z papachą i karabinem kbk ze słynnym sztykiem absolutnie podobny do naczelnego idź Pod PRĄD! A już ironiczny uśmieszek identyczny! No i ten prawdziwy do bólu cytat z Tischnera: Są przekonani, że są panami. Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali. (Odsyłam do mojego poprzedniego felietonu).
Kiedy zdumiony i przerażony człowiek usiłuje pojąć, jak to możliwe, że istnieją wśród nas ludzkie(?) robaki żywiące się trupami oraz historią i wybitnymi przedstawicielami współczesności, by produkować z nich łajno nienawiści, przychodzą mu do łba zadziwiające wytłumaczenia.
Jedno jest takie: jeżeli obłędnie przypuścimy, że człowieka na wzorek swój i nieprawdopodobieństwo, stworzył Bozia, pełen miłości oraz miłosierdzia, to Bozia jest w porządku, bowiem wolno mu wszystko, gdyż nie ma nad sobą żadnego już szefa. Zatem, chociaż lubi wytracić czasem całe narody, ogólnie fajny oraz sympatyczny z niego stwórca wszystkiego. Tym bardziej może sobie pozwolić na produkowanie kanalii. One zaś lokowane są, między innymi, w redakcjach wytwarzających żarcie mentalne dla mas. Każdy, a niezła to gnida,gotuje specjalne piśmiennicze zupki. Zupki wstrętne. Wymiotne. Ohydne. Trujące. Śmierdzące, kałowe. Z łajna średniowiecznego podrasowanego przez kontrreformację oraz przyprawy antysemickie. O treściach patriotyczno-narodowych. Te redakcje to są jakby wirtualne bary otwierane masowo przez czarną prawicę. Czasem noszą nazwę jadłodajnia Niezależni, choć powinna zwać się Bogoojczyźnianą, kiedy indziej tromtadacko Szaniec. Bary wychodkowe. Pierwszy prowadzony przez Gazetę Polską Codziennie. Jedzcie i pijcie, albowiem.
Tak, używam brzydkich słówek. Są tematy, których nie da się słowem tkliwym ani łagodnych traktować. Jeżeli zmuszeni jesteśmy przerzucać gnój, gumiaki ubabrać się muszą! Nie powiem więc: Milcz gębo nieposłuszna, bo dziewki wołają! Niech dziwki narodowez zamtuzów smrodliwych wrzeszczą i klną plugawie, ja też potrafię ohydę nazywać w ich ulicznej mowie. Jeżeli czujecie niesmak do bagiennej polszczyzny, to poczytajcie wymienione gazety i spróbujcie się powstrzymać przed stosowaniem wulgarności po spożyciu jadowitej, doprawionej nienawiścią oraz nietolerancją paskudnej politycznej karmy pichconej przez Polaków prawdziwych w garkuchni katolicko-narodowej.
Prawdziwe wyjaśnienie jest realne. Tysiąc lat temu Polskę zamknięto w lochach Watykanu. Wrzucił ją tam Rzym rękoma podporządkowanej już katolicyzmowi służalczej Europy dziko tępiącej tzw. pogan, albowiem dobry jest każdy powód do zniewalania i mordu. W podziemiach Lateranu pozbawione charakteru jednostki uczą się służalczej uległości i nienawiści do ludzi niepodległych. Następnie jako głosiciele dobrej nowiny posyłani są do kraju, by sterować głupcami, uczyć ich niewolniczego posłuszeństwa czarnym panom i oddawania kasy, bo forsy Bozia łaknie najbardziej, jako że bez szmalu nie może istnieć. System ten uwzględnia silne, biorące się z kamiennych i jaskiniowych czasów, przywiązanie człowieka do plemienności, do swojej mowy oraz terytorium, co nazywa się powszechnie patriotyzmem. Z tej przyczyny papiści wmawiają przebiegle tubylcom, iż oddając się w niewolę Watykanowi najbardziej iw najświętszy sposób służą swojej chytrze łupionej przez okupantów ojczyźnie. Oczywisty kosmopolityzm Kościoła, który w żaden sposób nie jest łączliwy z ideą narodowości, zostaje sprytnie ukryty pod hasłami wolności i niepodległości. Ten fałszywy pogląd roznosi do mas robactwo narodowe, ciułające dla siebie zyski i przywileje w służbie rzymskich okupantów.
Zapalmy, proszę, lampki za wszystkich zamordowanych, za odzieranych teraz ze czci przez zawsze tych samych faszystów.
skomentuj (0)
Prominentne miejsce symboli religijnych w sali parlamentu stanowi komunikat o uprzywilejowaniu danej religii przez państwo, o uznaniu jej za swoją – pisze publicysta
W polskim dyskursie publicznym stosowany jest od lat złośliwy trik polegający na mianowaniu jakiegoś zagadnienia "tematem zastępczym". Zabieg ten, stosowany przez zwolenników status quo w danej sprawie, ma na celu uśmierzenie lub ośmieszenie dyskusji nad tematem niewygodnym dla owych zwolenników.
Ale jest to zabieg nieuczciwy: sam fakt, że dla jakiejś grupy dane zagadnienie jest istotne (a w przeciwnym razie nie trzeba by było go zwalczać), jest dowodem na to, że nie jest to "temat zastępczy". Mówienie o niewygodnych dla siebie propozycjach jako o "tematach zastępczych" jest próbą zamknięcia dyskusji, zanim się ona jeszcze rozpoczęła – czymś niegodnym uczestników demokratycznego dyskursu publicznego.
Bo nie jest tak, że pojemność agendy publicznej jest ściśle ograniczona: że jeśli będzie się mówić o roli symboli religijnych w życiu publicznym, to zabraknie już czasu lub energii na mówienie o systemie finansowym albo wodociągach. I jedno, i drugie jest ważne. Nie warto się więc poddawać szantażowi tych, którzy pod demagogicznym hasłem "tematów zastępczych" chcieliby kontrolować i ograniczać porządek dnia debaty publicznej.
Tym bardziej nie jest żadnym tematem zastępczym zagadnienie krzyża w polskim parlamencie. Jest to zagadnienie symboliczne – ale symbole są ważne. Zarówno same przez się – przez to, co komunikują odbiorcom – jak i przez to, że są symptomem zagadnień głębszych, już zupełnie niesymbolicznych. W dyskusji nad pozostawieniem krzyża lub usunięciem go z sali sejmowej ogniskuje się bowiem szersze zagadnienie: relacji między państwem a Kościołem katolickim, czyli polskiego modelu rozdziału Kościoła od państwa.
Obce wzorce
Jest to kluczowe zagadnienie w polskim konstytucjonalizmie ze względu na rolę religii i Kościoła katolickiego w polskiej historii i teraźniejszości. I jest to zagadnienie, które powraca ze zwiększoną siłą co parę lat, przy okazji kolejnych wyborów lub istotnych wydarzeń – bo ustrój ma to do siebie, że nic w nim nie da się ustalić i zaklepać na zawsze. Konstytucja sporo tu wyjaśnia, ale nie wszystko: posługując się celowo nieostrym pojęciem "bezstronności" władz publicznych w sprawach przekonań religijnych (art. 25), otwiera pole do wielu możliwych interpretacji.
W wyborze najbardziej przekonującej nie są specjalnie pomocne wzorce zagraniczne. To prawda, że w Europie mamy do czynienia z wielością modeli relacji państwo – religia: istnieje zarówno radykalnie świecki model francuski, jak i modele religii państwowej (Anglia, Dania) i rozmaite systemy pośrednie. Ale powoływanie się na modele oficjalnego Kościoła państwowego jest o tyle nieprzydatne, że ma to miejsce w krajach głęboko zeświecczonych, w których rola religii w życiu społecznym jest nieporównywalnie niższa niż w Polsce. Cóż z tego, że np. w Anglii królowa jest głową państwa i Kościoła jednocześnie, skoro ani królowa, ani religia nie są specjalnie istotne w tym kraju?
Dla kontrastu, w najbardziej religijnym społeczeństwie demokratycznym – w Stanach Zjednoczonych – rozdział Kościołów od państwa jest bardzo precyzyjny, a Sąd Najwyższy stworzył niezmiernie precyzyjną doktrynę mającą na celu zagwarantowanie nieprzenikalności owego konstytucyjnego muru separacji rozdzielającego państwo od spraw religijnych. Nic takiego jak miejsce nauczania religii w polskich szkołach publicznych nie miałoby szans na wstępną akceptację najbardziej nawet konserwatywnych i proreligijnych sędziów amerykańskich.
Jest w tym uogólnieniu pewna logika: im bardziej religijne społeczeństwo, tym ważniejszy dla zachowania wolności światopoglądowej jest precyzyjny rozdział Kościoła od państwa.
A im mniej się liczy religia w życiu społecznym, tym bardziej można sobie pozwolić na przenikanie spraw religijnych i państwowych bez wielkiego zagrożenia dla wolności sumienia.
Cztery dyrektywy
Stąd płyną jednoznaczne wnioski dla Polski. Powoływanie się na wzorce zagraniczne ma bardzo ograniczoną moc perswazyjną. Żaden wzorzec nie zastąpi naszego wyboru kolektywnego, a oparty musi on być na zastanowieniu się nad pryncypiami, a następnie zastosowaniu ich do polskich realiów.
Jakie to są pryncypia? To zależy od bardziej generalnego wyboru: jaki typ "bezstronności" powinien regulować relacje między religiami a państwem? Wybitny amerykański filozof prawa Ronald Dworkin kreśli różnicę między państwem "neutralnym-religijnym" a państwem "neutralnym-świeckim": pierwsze ogranicza się do bezstronności między rozmaitymi wyznaniami i Kościołami, drugie stara się być neutralne także względem religii i postaw niereligijnych.
Pierwszy typ państwa wciela bezstronność w znaczeniu wąskim: żadna religia nie powinna być preferowana, ale już religia jako taka może korzystać z państwowych przywilejów. Drugi typ relacji znamionuje bezstronność w znaczeniu szerokim: religia jako taka nie powinna być oficjalnie preferowana przez państwo.
Jakie praktyczne dyrektywy wynikają z tak pojmowanej bezstronności w sensie szerokim? Wydaje mi się, że przede wszystkim te cztery.
Po pierwsze, urzędnicy państwowi nie ingerują w wewnętrzne życie związków wyznaniowych. Nie mieszają się do ich organizacji, struktur, instytucji, obsady personalnej itp.
Po drugie, państwo nie subwencjonuje w żaden sposób praktyk i instytucji o charakterze religijnym ani w ogóle nie okazuje oficjalnej, państwowo sankcjonowanej, preferencji dla żadnej religii.
Po trzecie, państwo nie uchwala ustaw, których uzasadnienie ma charakter wyłącznie lub w stopniu dominującym religijny. Nie oznacza to wykluczenia ustaw, których treść zgodna jest z jakimiś postulatami religijnymi, ale ustawy te mają mieć także uzasadnienie świeckie akceptowalne dla niewierzących.
Po czwarte, urzędnicy państwowi i instytucje państwowe nie okazują w sposób ostentacyjny swych przekonań religijnych. Symbolika państwowa nie powinna się mieszać z religijną, tak by państwo nie wysyłało symbolicznych komunikatów o oficjalnym, uprzywilejowanymi państwowo statusie jakiejkolwiek religii.
Myślę, że każdy z tych postulatów da się racjonalnie obronić i żaden nie ma charakteru antyreligijnego. Ważne jest, że dopiero złączone w jedną całość stanowią harmonijny zespół: zasada pierwsza chroni Kościoły przez ingerencją państwową, a zasady od drugiej do czwartej chronią państwo przed nadmiernym nasączeniem wątkami i treściami religijnymi, co prowadziłoby do zredukowania obywateli niewierzących (albo niewyznających religii preferowanej) do statusu drugiej kategorii.
Przestrzeń państwowa
Dzisiejszy spór o krzyż w parlamencie związany jest z postulatem czwartym. Jest to kwestia symboliki – ale "symboliczny" nie znaczy "nieważny". Symbolika i ceremoniały wysyłają do obywateli sygnały o charakterze ich państwa. Jeśli są to wykluczające sygnały, preferujące rasę, narodowości lub religię, państwo takie traci legitymację do domagania się lojalności ze strony wszystkich swych obywateli.
Tak należy odczytywać spór o krzyż w izbie ustawodawczej. Nie jest to, wbrew uproszczonym interpretacjom, spór o miejsce krzyża w przestrzeni publicznej. Przestrzeń publiczna powinna być dla wszystkich znaków i symboli otwarta. Krzyże, katedry i kościoły są w cywilizacji europejskiej przemożnym i pięknym elementem tożsamości kulturowej.
Ale sala sejmowa nie jest ot po prostu przestrzenią publiczną, tak jak nie jest zwykłą przestrzenią publiczną pomieszczenie klasowe w szkole państwowej. To miejsce, w którym realizuje się władztwo państwowe, a zatem prominentne miejsce symboli religijnych w takim miejscu stanowi komunikat o uprzywilejowaniu danej religii przez państwo, o uznaniu jej za swoją. Lub – jeśli kto woli – o zawłaszczeniu symbolicznym strefy państwa przez religię. Oba komunikaty nie są zgodne z zasadami bezstronności religijnej państwa.
Przykładem niezrozumienia owego odróżnienia sfery publicznej (w której krzyże są i powinny tkwić bez żadnych ograniczeń) od ściśle ograniczonej sfery państwowej (gdzie nie powinno być miejsca na symbolikę religijną) jest niedawna wypowiedź na tych łamach sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski biskupa Wojciecha Polaka: "Trybunał w Strasburgu orzekł, że krzyż w przestrzeni publicznej nie narusza zasad świeckości państwa".
W istocie, nic takiego Europejski Trybunał Praw Człowieka nie powiedział, bo nie tego dotyczyło głośne orzeczenie Trybunału, do którego nawiązuje biskup Polak. W swym drugim wyroku w sprawie Lautsi przeciwko Włochom Trybunał uznał prawo Włoch do regulowania zgodnie z własnymi zasadami obecności krzyży w szkołach publicznych, ale jednocześnie wyraźnie podkreślił wąski charakter swego orzeczenia: "nie jest potrzebne ocenianie w tej sprawie kwestii obecności krzyży w innych miejscach niż szkoły państwowe" (par. 57 orzeczenia z 18 marca 2011). Szkoła to nie parlament, parlament to nie przestrzeń publiczna jako taka.
Postulat wstrzemięźliwości w używaniu symboliki religijnej przez państwo nie ma też nic wspólnego z chęcią zepchnięcia religii do sfery prywatnej. Dla wielu publiczne okazywanie ich wiary jest ważnym elementem przeżycia religijnego. Chodzi o coś zupełnie innego: o uchronienie bezstronności państwa w sferze religijnej. Bezstronności, która – w ostatecznym rachunku – jest dobra także dla samej religii.
Autor jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim, a także profesorem w Akademii Leona Koźmińskiego i w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego
skomentuj (0)
Lat temu przeszło 40., szedł sobie w kinach czechosłowackiej produkcji film p.t. „Trzy życzenia". Ot, komuś się poszczęściło i, nie pamiętam — diabeł czy anioł — ma spełnić jego trzy życzenia. Dwa, w rodzaju wygrać na loterii i coś podobnego, spełniono bez problemu, ale trzecie — chcę być szczęśliwym — powoli, w trakcie spełniania, zaczyna przekształcać się w serię niepowodzeń i dramat obdarowanego.
Film przeszedł bez większego echa, nim trafił na ekrany musiał swoje, czyli gdzieś około dziesięciu lat, odleżeć na półkach Barandova, a przypomniał mi się teraz, kiedy czytam informacje o żądaniach 'oburzonych', czyli o ich 'pustolatach', jak by je określiła pani Basieńka ze słynnego ongiś kabaretu.
Gazety i wszystkie inne media wznoszą okrzyki oburzenia na chciwość bankierów, którzy jakoby byli winni wszystkiemu. Sprawą już zajęła się Unia Europejska, która chce wprowadzenia odpowiednich paragrafów do kodeksów karnych. W tej akurat kwestii, wydaje mi się, możemy spać spokojnie, będzie tak jak z krzywizną banana czy wymiarami ogórków, czyli anarchię zacznie się zwalczać paraliżem.
Warto by może zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście całemu temu zamieszaniu, dość groźnemu, ale przecież nie będącemu końcem świata, winni są tylko bankierzy? W końcu ilu ich jest i dlaczego setki milionów ludzi idzie, niczym stado lemingów, na zatracenie. Czyżby bankierzy wszystkich krajów, byli aż tak głupi w swej chciwości, że gotowi są wszystkich utopić, i potem żyć w wyludnionym świecie? Kto im wtedy poda kieliszek szampana na opicie kolejnego sukcesu, kto otworzy puszkę kawioru, kto podrzuci prywatnym samolotem lub jachtem na odludną wysepkę, gdzie czekają swawolne panienki? Inna rzecz, że bankierzy potrafią dużo szybciej i skuteczniej łączyć się, niż protestujący obecnie proletariusze albo kandydaci na proletariuszy.
Nie łudźmy się. Winni jesteśmy wszyscy — a w największym większym stopniu dziadkowie i rodzice dzisiejszych oburzonych. I wszyscy będziemy musieli za to wszystko zapłacić. A jak dobrze pójdzie i oburzeni, podpuszczeni przez intelektualistów żyjących z krytyki kapitalizmu, co jest, paradoksalnie, zgodne z zasadami kapitalizmu, czyli wolnego rynku, spalą więcej samochodów, rozbiją więcej sklepów, a przy okazji zdemolują też jakiś kościół albo inną świątynię, wtedy będziemy musieli zapłacić więcej. Zarobią zaś na tym zamieszaniu i oburzeniu producenci szyb, materiałów budowlanych, samochodów i dewocjonalii. Walka z kapitalizmem obróci się na korzyść kapitalistów, kolejny paradoks.
Leszek Kołakowski w 1956 roku napisał słynny artykuł o tym, czym nie jest socjalizm. Czy dziś ktoś miałby równie wiele odwagi napisać o tym, czym nie jest kapitalizm? Nie sądzę, a wynika to z nader prostego powodu — w oczach Kołakowskiego i jego pokolenia, socjalizm był wyborem moralnym. Ci, którzy socjalizm budowali, w urzędowym sensie, ponad stronę moralną przekładali konieczność utrzymania władzy, którą, trzeba to uczciwie przyznać, dostali w prezencie, i był to ich grzech pierworodny, za który w końcu przyszło odpokutować wszystkim.
Warto przeczytać ten artykuł. Praktycznie cały stanowi wyliczankę różnych, większych i mniejszych nieprawości, jakich dopuszczała się władza. I choć napisany został w momencie, gdy władza już zaczęła rezygnować z wielu opresyjnych metod, to jednak pamięć o jej praktykach była zupełnie świeża, więzienia jeszcze nie opustoszały i Jasio Piszczyk ładował cement do wagonu.
Być może, czytający wtedy ten artykuł, sądzili, że możliwy jest ustrój społeczny bez policji 'tajnych, jawnych i dwupłciowych', bez więzień, w którym ludzie są sobie życzliwi i stanowią jedną wielką, szczęśliwą rodzinę, i że może nim być tylko socjalizm.
Jeszcze więksi od socjalistycznych idealistów, idealiści kapitalistyczni, którzy, z racji wieku, kapitalizm niezbyt pamiętali, albo nic o nim praktycznego nie wiedzieli, sądzili, że tekst Kołakowskiego jest zakamuflowaną reklamą kapitalizmu, w czym mogła ich utwierdzać także postawa cenzury. Jednak dziś, kiedy mamy już tak zachwalany i wytęskniony kapitalizm, tak jak w raczkującym socjalizmie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wielu już miało możność przeżyć złożoną o świcie niezapowiedzianą wizytę, żeby posłużyć się najprostszym przykładem, której się w żadnym stopniu nie spodziewali, a która także nie powinna im być składana. Wtedy bezpieka starała się jednak przychodzić tak, aby nikt jej nie widział, dziś natomiast, każda z siedmiu istniejących kontynuatorek tamtej, robi to z pompą, nawet potrafi zajechać trzema autobusami w sile batalionu, do jednego drobnego przedsiębiorcy. W tym czasie spokojni, kulturalni gangsterzy pouczają Majkę Potulicką, początkującą dziennikarkę, jak się pisze o mafii.
Gazety potem rozpisują się o sukcesie, oczywiście tylko cytują prokuratorów, więc niby Piłat mają czyste ręce, ale nikt słowem nie piśnie, że wyrok wydano przed procesem, że dowody są bardziej podejrzane niż nasz przedsiębiorca. Ale nie ma się czemu dziwić; skoro prokuratura zainwestowała w to wszystko spore społeczne pieniądze i, co znacznie ważniejsze i droższe od tych pieniędzy, swoje ambicje, wtedy prawo i sprawiedliwość są ostatnimi kwestiami, o których się rozmawia. Czy jest to kapitalizm?
Nie ma co mnożyć przykładów, bo każdą tezę z tamtego artykułu można wesprzeć przykładami z ostatnich dni, wystarczy obejrzeć programy E. Jaworowicz czy, najnowszy, „Państwo w państwie".
Być może Leszek Kołakowski nie pomyślał wtedy, ale kapitalizm też jest wyborem moralnym. Działacze opozycji z lat 70-80 też się chyba nad tym nie zastanawiali, na całe szczęście.
Profesor Zbigniew Brzeziński mówił w niedawnym wywiadzie telewizyjnym o niemoralnie niesprawiedliwym systemie, jaki dziś panuje w krajach Zachodu, także w Polsce, o krzywdzie rzeczywistej i o poczuciu krzywdy. Za te krzywdy, za nieszczęścia które wiszą nad całymi społecznościami, odpowiadają elity, ale prowokowaliśmy je wszyscy, bankierzy i rządy tylko realizowali nasze mrzonki.
A mrzonek było i jest sporo. Mrzonką był socjalizm z ludzką twarzą, czyli z socjalistycznym, środkowoeuropejskim podejściem do pracy ale z kapitalistycznymi pensjami. Mrzonką była wiara w 'piramidę finansową', łańcuszek szczęścia, Bezpieczną (rzekomo) Kasę Oszczędności itd., itd. W końcu trzeba jednak za darmowy obiad, czyli marzenia, zapłacić. Czasem musi zapłacić pojedynczy obywatel, który akurat nie doczytał ostatniego, najważniejszego punktu umowy, z braku miejsca wydrukowanego czcionką widoczną tylko pod mikroskopem, a czasem na pokrycie rachunku muszą się złożyć wszyscy, łącznie z sąsiadami.
Nie tak dawno kursował w sieci filmik o chińskim porywaczu i chińskim sposobie z nim negocjowania. Koszt tych negocjacji wyceniono na ćwierć centa, bo za pogrzeb będzie musiała zapłacić rodzina, natomiast ta sama operacja w USA kosztowałaby kilka milionów dolarów, zaangażowanych byłoby w nią dziesiątki ludzi. Mrzonką więc jest chęć płacenia chińskich cen przy amerykańskich lub tylko unijnych zarobkach, podobnie, jak w przeszłości była nią chęć posiadania amerykańskich inżynierów za chińską płacę.
Grecy, którzy z góry przejedli i przepili pieniądze swoich wnuków, teraz robią wielkie oczy i zamiast zacisnąć zęby i pasy, rozpoczynają awantury. Angielscy obrońcy praw człowieka, w zbożnym dziele chronienia, podejrzanego, ale znanego już od dawna policji opryszka, zmobilizowali innych opryszków i rezultaty już znają. Wcześniej, że sami będą musieli ze swoich podatków zapłacić za ich wyczyny i swoją głupotę, to im do głowy nie przyszło.
A spójrzmy na nasze oczekiwania sprzed trzech — czterech tygodni. Jakże miło słuchało się obiecanek cacanek, z góry wiedząc, że nie mogą i nie będą zrealizowane, a krzywiło z niesmakiem na widok każdego, kto usiłował wyjaśnić, ile to będzie kosztowało. A wcześniej, jakże miło było słuchać najpierw o drugiej Polsce, budowanej, jak się niektórym wydawało — na cudzy koszt, potem o stu milionach dla każdego i drugiej Japonii, a w końcu o drugiej Irlandii. Na razie nikt nie zapowiada, przynajmniej zbyt głośno, drugiej Grecji, ale może ona nadejść.
Prosta, wcale nie odkrywcza myśl, że zła moralność, tak jak zły pieniądz, wypiera dobrą, mało komu trafia do świadomości. Kto by tam chciał słuchać gadania o jakiejś etyce, zwłaszcza protestanckiej, wystarczą lekcje etyki w szkole i wszyscy będą etyczni. A przecież kolejność tych 'protestów', ich przyczyny, to książkowy niemal przykład korelacji między religią a pracowitością i zamożnością, jednak prawda nie jest specjalnie urodziwa i za wyzwalanie kogokolwiek też się specjalnie nie bierze. Jakoś szwajcarscy, norwescy czy szwedzcy kalwini specjalnie nie protestują.
Kościół, oczywiście ten jeden, prawdziwy i nieomylny, też się przyczynia, jak może i jak umie, do rozpowszechniania mrzonkowych memów. Pisze się encykliki na temat pracy, wygłasza kazania, organizuje pielgrzymki ludzi pracy, powołuje patronów, ale w życiu codziennym prawa rynku, i to monopolistycznego, realizuje jak najbardziej. Kosztowne festiwale mody podczas różnych imprez, np. pierwszej komunii, też się doskonale wpisują w te scenariusze realizacji maminych i babcinych ambicji i chęci pokazania się. Wynoszenie na ołtarze licznych świętych, co to żadnymi świętymi nie byli, którzy zasługują na surowy osąd historii, też nie przyczynia się do promocji prawdy i moralności. Chce się zrobić świętym kardynała Hozjusza, o którego cudach ani widu, ani słychu, kaznodzieję Piotra Skargę, zwolennika antysemickich i antyheretyckich pogromów i "pierwszego wichrzyciela Rzeczypospolitej', jak go nazywano już za życia, chce się uczcić specjalnymi obchodami. Czy to nie jest wypieranie dobrej moralności złą?
Nasi 'oburzeni', wspierani przez licznych duchowych przewodników, głoszą hasła zrównoważonego rozwoju, ale o głównym czynniku nierównowagi, najważniejszej zmiennej, nikt nie chce nawet wspomnieć, a jest nią demografia. Z godnym podziwu uporem przeciwstawia się wszystkiemu, co kiedyś nazywano „świadomym macierzyństwem", czyli temu, co każdego wieczora robią wszyscy porządni katolicy.
Podobno z protestów oburzonych wynika 'oczywisty postulat przywrócenie demokracji'. Czy to oznacza, że obecnie w Polsce i na całym nieomal Zachodzie, nie ma demokracji? Na czym ta nowa, tym razem prawdziwa i rzeczywista, demokracja ma polegać? Przecież na powrót do zebrań na agorze nie ma szans. Jak by nie kombinować, nic mądrzejszego nad wybory się nie wymyśli, a że one też nie 'uśredniają' oczekiwań i życzeń, to chyba oczywiste. Być może chodzi o przywrócenie sprawdzonych zasad demokracji ludowej, wtedy uchowaj nas Boże, lepiej od razu emigrować, choćby na Białoruś.
A przypomnijmy sobie, któż to zainicjował wszystkie te 'wyścigi szczurów', jeśli nie żądni sukcesów ambitni rodzice? Mamusie i tatusie, mając jeszcze dziecko w fazie eksperymentów, już zaczynają rozważania na temat kwalifikacji niani i przedszkola z obowiązkowym językiem obcym, potem bez pardonu konkurują, najpierw o to u którego to lekarza dowiedzą się, stan błogosławiony stał się faktem, potem o miejsce w modnej klinice, a tuląc już niemowlę do piersi, inicjują konkurs strojów i prezentów, od pampersów i śliniaczków poczynając. Co się dzieje w trakcie kolejnych rodzinnych, kościelnych i towarzyskich uroczystości, wszyscy dobrze wiemy.
Zaczyna się to w pieluchach i nie kończy na pogrzebie, bo i potem trwa wyścigowy obłęd przy doborze kwiatków na marmurowym czy tylko marmuropodobnym grobowcu.
A z innej beczki. Przed laty jeden z profesorów na politechnice, opowiadał nam o swej przygodzie w pociągu. W przedziale jechało z nim dwu czy trzech tzw. 'fachowców', którzy opowiadali o swoich licznych fuchach i związanych z nimi zarobkach. Profesor w pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział, że on, profesor politechniki, zarabia ćwierć tego, co oni, a na to jeden z współpasażerów odparł — bo pan nie jesteś fachowiec!
Mój profesor nie rozumiał, że także wtedy, w epoce realnego socjalizmu, istnieją rynki, na których działa prawo podaży i popytu, choć powinien, bo część nauk pobierał w MIT, to się zdarzało już w tamtych czasach. Praw działania rynku, mam wrażenie, nie rozumieją także i dziś rozliczni oburzeni.
Milion bezrobotnych, w samej tylko Polsce, czeka na pomysły studiujących, a co robią studiujący?, — chcą studiować kolejne kierunki, czyli robić coś, co w przeszłości było związane z koniecznością posiadania nieprzeciętnych zdolności lub talentów i gotowością do sporych wyrzeczeń. Dziś, drugi kierunek, należy się każdemu, jak psu buda, również ostatnim nieukom.
Obowiązkiem studiujących jest mieć pomysły dla tych milionów bezrobotnych. Tylko pracą dzisiejszych bezrobotnych, można się dorobić, bo tylko cudzą pracą można się dorobić. Tymczasem, takie odnoszę wrażenie słuchając niektórych, wygląda na to, że nie ma już co wymyślać. Czyżby wyczerpał się potencjał intelektualny ludzkości? Z pewnością nie, a przekonać się o tym można nawet patrząc na coraz to nowe towary choćby w takiej „Biedronce".
Spece od naszego wizerunku reklamują przystojnego hydraulika, co się chwali, ale o zdobywcach nagród w konkursach na samoloty, łaziki marsjańskie, programy komputerowe, autorach takich prac jak "Urok zbioru mi", "Zawartość witaminy C w malinach (Rubus ideaeus L.) oraz ogórkach (Cucumis dativus L.) odmiany Krak F1 … " czy "Wpływ temperatury na szybkość, długość i głośność śpiewu miecznika Conocephalus fuscus" nikt się nawet nie zająknie. No bo i po co? Żeby skonstruować byle samolocik, albo odróżnić fuscusa od aigialusa, trzeba umieć zliczyć trochę dalej niż do trzech, mieć wyobraźnię lepszą niż autorzy „Ojca Mateusza", a pracować z wysiłkiem większym niż to robią górnicy i hutnicy. Jasne, że z takimi umiejętnościami nie zabryluje się w towarzystwie, nie kupi sympatii dla studiów technicznych ani głosów wyborczych.
A przecież pracodawcy i rządzący, to nie są ostatnie matoły. Skoro nie można zwiększać liczby bezrobotnych robotników, bo oni jeszcze stanowią jakąś siłę, więc powiększa się liczbę bezrobotnych licencjatów i magistrów, z przewagą niedoszłych menadżerów, którzy chcieli zarządzać mimo, że w domu nie raz słyszeli o rozgrabionym majątku narodowym, o tym, że nie posiadamy niczego własnego, a kapitalizm jest najgorszym z boskich dopustów.
Miało być po nowemu, wyszło jak zawsze — ta zasada dotyczy każdego systemu społecznego i politycznego, i mrzonką jest przypuszczenie, że może być inaczej. Mimo to warto marzyć, trzeba pamiętać jednak, że życzeń może być najwyżej trzy.
skomentuj (0)
Nasza prawica wraz z biskupami bębni w tarabany — mamy podobno kolejną wojnę z kościołem rozpętaną przez lewicowych barbarzyńców chcących zniszczyć fundamenty naszej cywilizacji!
Towarzystwo to, z właściwą tylko sobie pokorą, samo przyznało sobie zaszczytną palmę pierwszeństwa i kroczy dumnie z „łacińskim" przesłaniem na sztandarach, rozdzielając bez pardonu ciosy wokoło:
Nie podoba sie komuś, że państwo wyjątkowo hojnie obdarowało kościół dotacjami i ulgami finansowymi? — Musieć być to człek sowiecki, jednostka duchowo wypaczona, wyzuta z tradycyjnych wartości, omamiona przez wrogą ludzkości „cywilizację śmierci".
Nie podobała się komuś praca Kościelnej Komisji Majątkowej i jej prawne umocowanie? Ot — z pewnością mamy tu do czynienia z lewackim odchyleniem, przykładem prymitywnego antyklerykalizmu, ślepym naśladownictwem najgorszych wzorców zdziczałej kultury merkantylnej.
Krytykuje ktoś nauczanie religii w państwowych szkołach? — To kolejny przykład spustoszenia, jakie w narodzie dokonały libertyńskie media niszczące polski patriotyzm w imię pseudokultury postmodernizmu.
Ktoś nie zgadza się na obecność krzyża i innych symboli religijnych w państwowych urzędach i instytucjach? — To najlepszy przykład postawy antychrześcijańskiej, która chce zastąpić prawdziwe wartości zdegenerowaną papką moralnego relatywizmu, wyraz pychy i pogardy wobec tysiącletniego dziedzictwa, podła próba zniszczenia fundamentów, na których stoi nasz świat, pokłosie stalinizmu i najgorszych praktyk totalitarnych reżimów.
Wsłuchując się w język, jakim kościelna hierarchia i jej prawaccy akolici traktują wszelką próbę krytyki poczynań kościoła w Polsce trudno się dziwić rosnącej popularności Ruchu Palikota. Trudno bowiem o większą dawkę agresywnej pogardy jawnie wyrażanej w dyskursie publicznym wobec oponentów! Kościół bezpardonowo uzurpuje sobie uprzywilejowaną pozycję, w której wszelka wątpliwość czy krytyka, zrównana jest z atakiem na pryncypia i stanowi podstawę do całkowitej dyskredytacji dyskutanta.
Zdaniem kościoła — jego przywileje i nadania stanowić powinny temat-tabu, od którego wszystkim wara, gdyż podobno „zasłużył sobie" na tak wyjątkową pozycję, jaką mogą cieszyć się już chyba tylko władcy jakiś egzotycznych satrapii.
Kościół chciałby zostać całkowicie wyłączony z właściwej demokratycznemu porządkowi krytyki, lecz zarazem utrzymać, czy wręcz powiększyć wpływ, jaki na demokratyczne państwo może wywierać korzystając z bardzo szczególnego umocowania i licznych przywilejów.
Warto tutaj przypomnieć ile kosztuje kościół. Ponieważ jest to temat szeroki — odsyłam doosobnej publikacji. Tak czy inaczej — kwoty jakimi państwo sponsoruje kościół w Polsce idą w setki milionów rocznie! Wydatki te państwo ponosi w atmosferze zmowy milczenia, praktycznie poza jakąkolwiek publiczną kontrolą, w trybie naznaczonym głęboką niejawnością.
Kościół tymczasem zachowuje się w tej sytuacji jak bezczelny „bogaty żebrak", który zajeżdża pod gmach Sejmu limuzyną i wystawia pazerną rękę po kasę i przywileje, domagając się kolejnych kontrybucji i próbujący uciszyć każdego, kto śmiałby przeciw temu zaprotestować.
Powoli staje się jednak jasne, że sytuacja taka nie może być dalej utrzymana. Społeczeństwo dojrzało do tego, aby głośno powiedzieć „sprawdzam"! Ponad dwadzieścia lat po obaleniu komunizmu nie ma już żadnego powodu, aby kościół nadal korzystał z dobrodziejstw, jakimi został obdarzony w imię dawnych krzywd i zasług.
Dług został spłacony! Dzisiaj kościół jest już tylko jednym z wielu ośrodków kształtujących opinię publiczną i jedną w wielu instytucji prowadzących działalność charytatywną. Nie ma już żadnego powodu do dalszego utrzymywania jego szczególnie uprzywilejowanej pozycji.
Niezgoda na dalsze sponsorowanie kościoła przez państwo nie ma nic wspólnego z wojną religijną. Nazywanie tego w tych kategoriach, to raczej wygodny sposób obrony, jaki kościół stosuje w celu zachowania swych przywilejów. Sposób całkowicie zresztą nieuprawniony!
Czas najwyższy, żeby kościół pogodził się, że nie ma już monopolu na stanowienie zasad moralnych i etyczną supremację. Wykształciły się już inne, niezależne od niego źródła postaw i wartości i kościół nie ma żadnego prawa, aby je dyskredytować jedynie dlatego, że nie wywodzą sie one z biblijnego czy ewangelijnego przekazu. Społecznie wartościowe hasła i inicjatywy płyną dziś z wielu źródeł i państwo nie może i nie powinno bezrefleksyjnie wspierać w jakiś szczególny sposób akurat tego jednego, rzymsko-katolickiego przekazu.
Warto tutaj zauważyć, iż statystyka wykazująca, że większość polskiego społeczeństwa deklaruje wiarę katolicką nie może stanowić wystarczającego uzasadnienia nadzwyczajnych środków, jakie państwo przeznacza na wspieranie kościoła. Można bowiem pokazać, że zdecydowana większość Polaków deklaruje wolę ochrony przyrody, a nie jest to wcale powodem do podobnej szczodrości państwa we wspieraniu ruchów ekologicznych.
Po prostu — tryb, w jakim światopogląd przekłada się na politykę nie może być wyłączony z demokratycznego porządku. Po to są właśnie partie polityczne i parlament, aby takiego przekładu dokonywać i wszystko, co z tym procesem się łączy w naturalny sposób stanowi w ładzie demokratycznym oś społecznej debaty. Kościół nie może czuć się z tego na jakiejś osobliwej zasadzie wyłączony. Jeśli większość Polaków chce, aby zamiast kościołów budować boiska, to trudno — kościół nie może tutaj wybrzydzać i wyklinać wszystkich wokół od barbarzyńców, bo staje się po prostu karykaturalnie śmieszny niczym nalany na twarzy biskup gęgający o potrzebie powściągliwości.
Osobiście jestem wdzięczny Januszowi Palikotowi za rozpoczęcie publicznej debaty na temat patologicznych relacji między polskim państwem, a kościołem katolickim. Dyskusja na temat krzyża w Sejmie jest tego mocnym preludium. Wygląda na to, że sytuacja w Polsce powoli się normalizuje i ludzie zaczynają widzieć rzeczy we właściwym porządku. Prawicowa tromtadracja z pewnością da nam jeszcze wiele okazji do rozpisywania się w tym temacie, ale bieg rzeczy już się rozpoczął. Nie zawrócisz Wisły kijem, księże biskupie!
skomentuj (0)
Tekst ten napisałem kilka miesięcy temu, kiedy dowiedziałem się o akcji Katolickiego Stowarzyszenia Farmaceutów. Dziś , gdy o sprawie doniosły media stał się aktualny.
Zgłębiając problem klauzuli sumienia dla lekarzy i instytucji, natrafiłem na ruch pragnący wprowadzić ją wśród farmaceutów. Przyznam, że nie zdziwiło mnie to, boć przecież prof. Bogdan Chazan proponował takową dla rejestratorek (miały, jak sądzę, odmawiać rejestracji do takich indywiduów jak ja). Zacytuję fragment tego apelu, który podpisało kilka tysięcy osób:
"Deklaruję poparcie dla farmaceutów do pełnego korzystania z prawa sprzeciwu sumienia wobec sprzedaży środków niszczących ludzkie życie i ludzką płodność. Zdecydowanie sprzeciwiam się nakładaniu obowiązku sprzedaży tych produktów na farmaceutów czy też apteki [...]. Każdy farmaceuta lub właściciel apteki powinien, zgodnie ze swoim sumieniem i Kodeksem Etyki Aptekarza, mieć wolność wyboru odnośnie sprzedaży tych środków, jak i posiadania ich we własnej aptece".
Ciekawe, pomyślałem. Ergo - pacjent nie będzie mógł zakupić legalnie dystrybuowanych w Polsce farmaceutyków, bo sprzeciwia się to poglądom Pani/Pan magister. Spróbujmy spojrzeć na to bez emocji. Skoro lekarze mogą odmówić wykonania legalnej aborcji, to czy farmaceuta nie powinien mieć możliwości odmowy sprzedaży przykładowo pigułki wczesnoporonnej. Przecież tak samo jak lekarz ma wyższe wykształcenie, a jego praca jest częścią leczenia ludzi. Otóż stwierdzam z całą stanowczością, że nie. Postaram się uzasadnić czemu tak myślę:
- Lekarz czynność aborcji wykonuje własnymi rękoma. Rozumiem, że może mieć obiekcje, co do wykonania zabiegu.
- Farmaceuta nie wie co klient zrobi z wydanym mu specyfikiem. Powiem więcej nie ma prawa go o to pytać, bowiem jeśli recepta nie budzi podejrzeń o fałszerstwo, a klient płaci, nic mu do tego. (Jeszcze wrócę do tego tematu.)
- Farmaceuta powinien dołożyć wszelkich starań, aby klient otrzymał przepisany preparat. Jeśli nie ma go aktualnie w swojej aptece winien wskazać inny punkt, w którym taki specyfik się znajduje (wykonać telefon, sprawdzić bazy internetowe itp.) lub obiecać jak najszybsze sprowadzenie go z hurtowni.
- Co oznacza termin „środek niszczący ludzką płodność?" Czy jest to również prezerwatywa? Środki hormonalne jak mniemam mieszczą się w owej definicji. I tu mamy pewien problem, który częściowo poruszyłem w punkcie 2. Preparaty „antykoncepcyjne" często stosowane są z innych przyczyn. Jak ma zachować się kobieta, która pragnie wykupić taki specyfik, a okazuje się że zgodnie z klauzulą sumienia farmaceuta odmawia. Może powinien zapytać ją, w jakim celu go potrzebuje? Byłoby to jawne naruszenie tajemnicy lekarskiej. Przypuśćmy jednak, że w owym miasteczku (gdzie nawiasem mówiąc wszyscy się znają) jest jedna tylko apteka. Czy powinna powiedzieć przy innych osobach, że nie chodzi o antykoncepcję, a powiedzmy o „suchość w pochwie"? W takim przypadku sumienie pana magistra prawdopodobnie pozwoli na sprzedaż „środka niszczącego ludzką płodność". Puszczając wodze fantazji można przypuścić, że młode kobiety w okresie rozrodczym pragnące stosować legalną (!) w Polsce antykoncepcję będą wysyłać swoje matki czy babcie w celu wykupienia leku.
- Co zrobić gdy w miasteczku czy wiosce jest tylko jeden punkt apteczny? Czy widzimisię aptekarza (obojętnie jak uzasadniane) może wpływać na dystrybucję preparatów prawnie dozwolonych? Uważam że po trzykroć nie!
Jeszcze raz pragnę podkreślić, że znam ideę klauzuli sumienia. Mogę zgodzić się z odmową wykonania zabiegu aborcji, przez niektórych traktowanej jak morderstwo, przez danego ginekologa (przy zachowaniu rzecz jasna obostrzeń ustawy to jest wskazaniu jednostki, która takowe dozwolone prawem zabiegi, wykonuje). Jednak sprzedaż leków, które legalnie zamierza używać klient apteki, to zupełnie inna kwestia. Farmaceuta nie ma prawa inwigilować klienta w jakim celu stosowany będzie ów środek. Starsi Czytelnicy pamiętają zapewne zastosowanie „Biseptolu" jako środka antykoncepcyjnego. Ponoć wyjeżdżający do Rumunii robili na tym niezły interes. Droga, którą zamierzają kroczyć niektórzy Koledzy Farmaceuci jest moim zdaniem drogą ku anarchii, czy raczej dyktatowi jednego światopoglądu. Polska jest krajem prawa, każdy może zakupić za własne pieniądze, to co jest dozwolone. Jest taka stara anegdota o krojeniu kiełbasy. Kiedy odkroimy cienki plasterek wydaje się, że wszystko jest jak dawniej. Nawet drugi i trzeci pozostają niezauważone. Dopiero po jakimś czasie widzimy że nie ma już nawet połowy. Tak samo jest z wolnością. Wypatrujmy więc ludzi z nożami wokół naszej lodówki. Kiedy ich zapytamy po co im noże odpowiedzą, że bronią „wartości". Na wszelki wypadek pozostańmy w kuchni, aż sobie pójdą gdzieś indziej.
skomentuj (0)
Człowiek, jeżeli nie odczuwa dolegliwości związanych z chorobą, nie myśli o niej. Jesienna aura dała jednak znać o sobie, rozszalały się przeziębienia, które nie ominęły również mnie. Wizyta u lekarza skierowała moje myśli w stronę dolegliwości trapiących ludzki gatunek. Siedząc w domu i korzystając z większej ilości wolnego czasu surfowałem w Internecie. Przy jednej ze stron na ekranie wyświetlił się napis informujący, że strona stanowi zagrożenie dla komputera. No, pomyślałem, nie tylko mnie atakują drobnoustroje. Tylko patrzeć jak mój laptop zacznie kaszleć i kichać. Zaraz jednak uświadomiłem sobie, że komputery porównywane są do ludzkiego umysłu, a nie ciała i nie podda się on takim chorobom. Inaczej jednak jest z infekcjami dotyczącymi umysłu.
Aby komputer czy umysł dobrze nam służył musi być odpowiednio zaprogramowany. Takie programowanie umysłu odbywa się poprzez proces uczenia. Przyswajana wiedza pozwala nam na podstawie zebranych danych wyrobić sobie zdanie na temat otaczającej nas rzeczywistości i funkcjonować w niej.
Niestety, podobieństwo obejmuje również możliwość zawirusowania systemu. Wprowadzenie takiego złośliwego oprogramowania jakim jest wtłaczana do głów „wiedza" na temat doktryn danej religii, zwłaszcza we wczesnym stadium edukacji, kiedy umysł nie wypracował jeszcze żadnych mechanizmów obronnych, jest bardzo proste, gdyż nie posiadamy wbudowanych programów antywirusowych. Bezbronne dzieci zamiast przyswajać wiedzę, która pozwoli im w przyszłości w jak najlepszy sposób wykorzystać swój potencjał intelektualny, faszerowane są religijnymi bzdurami nijak mającymi się do rzeczywistej wiedzy. Tak zainfekowany umysł, przestaje odróżniać prawdę od fikcji, staje się leniwy, zamiast myśleć poddaje się bezwiednie różnego rodzaju „autorytetom", odsuwa od siebie odpowiedzialność za swoje życie. Jest zainfekowany. Choruje.
To złośliwe oprogramowanie religijne zagnieżdża się w zakamarkach umysłu, filtruje i zniekształca dane wejściowe, tworzy obraz rzeczywistości jak w krzywym zwierciadle. Jednocześnie cały system staje się podatny na polecenia przekazywane przez czarnych hakerów, których obecnie pełno w polskich szkołach, szpitalach i instytucjach państwowych. Oczywiście jak na dobrych hakerów przystało, czerpią oni zyski ze swego procederu, wykorzystując zainfekowane umysły.
Zainfekowany umysł sam nie jest świadomy swojej choroby. Nie wie, że postrzega świat w sposób zniekształcony i tego, że jest wykorzystywany. Raczej jest skłonny myśleć, że to osoby wolne od infekcji są dziwne, czegoś im brakuje. Na dodatek złośliwy program jest tak zbudowany, że dąży do replikacji. Jest więc przekazywany przez nosicieli na swoje potomstwo, lub często podejmują oni próby „pomocy" tym „ułomnym", nie posiadającym daru hakerów. Przypomina to trochę sytuację z anegdoty, którą kiedyś słyszałem.
"W okresie międzywojennym mieszkańcy rejonów podgórskich cierpieli z powodu niedoboru jodu, który objawiał się przerostem tarczycy. Posiadanie wola było w niektórych wioskach oderwanych od świata powszechne. Właśnie z takiej wioski do miasta na odpust wybrał się ojciec z kilkuletnim synem. Chłopak pierwszy raz znalazł się poza rodzinną wioską, więc nie mógł nacieszyć oczu nowymi widokami. Ta wrodzona u dzieci ciekawość świata pozwoliła mu dostrzec pewną zaskakującą dla niego rzecz. Nie dawało mu to spokoju, więc zwrócił się do ojca, aby pomógł mu zrozumieć to co odkrył:
— Tato popatrz jakie ci ludzie mają dziwne cienkie szyje?
Na co ojciec surowo spojrzał na niego i udzielił mu reprymendy:
— Synu nie śmiej się z ułomnych."
Ten brak wiedzy o chorobie i czynnikach je wywołujących sprzyja jej rozprzestrzenianiu i nieświadome wystawianie na infekcję osób, które w normalnych warunkach staramy się chronić. Ten brak wiedzy oczywiście wpływa również na to, że nie podejmujemy żadnych starań by wyzdrowieć, jak również działań profilaktycznych.
Jak przy każdej chorobie, tak i tu zdarzają się samoistne wyzdrowienia. Umysły silniejsze od przeciętnych, mimo początkowej infekcji nie tracą zdolności dociekania i zaczynają na początku dostrzegać niespójności w programach wprowadzanych przez hakerów, a następnie wykazują zainteresowanie spójnymi danymi, które mogą im dostarczyć między innymi odkrycia naukowe i na tej podstawie ich umysł tworzy nowy obraz rzeczywistości. Z czasem może dojść do całkowitego wyzdrowienia. Nie wiadomo jednak czy po takiej infekcji organ wraca do stuprocentowej sprawności, mam cichą nadzieję, że tak.
Niektóre umysły są na tyle silne aby oprzeć się przed wprowadzaniem danych przez hakerów, jednak nie umieją całkowicie pozbyć się wszystkich wirusów religii. Dostrzegają manipulacje hakerów, odrzucają nośnik złośliwego oprogramowania jakim są święte księgi, jednak nie mogą przejąć całkowitej kontroli nad swoim życiem. Boją się wolności i przejęcia całkowitej odpowiedzialności za swoje życie. Wolą zachować fragmenty złośliwego oprogramowania, gdyż idea istoty nadprzyrodzonej jest dla niego dobrą wymówką. Zawsze w razie czego można zwalić swoje niepowodzenie na tego, który tak urządził ten świat. No i oczywiście zostaje jeszcze ta, wynikająca ze strachu przed śmiercią, irracjonalna nadzieja, że jednak po śmierci coś nas jeszcze czeka. Zrobili krok w stronę wyzwolenia umysłu jednak pozostali w rozkroku i nie mają dość siły lub odwagi aby podnieść drugą nogę.
Nie znam leku, który powoduje natychmiastowe wyleczenie. Dla swojego dobra powinniśmy jednak udzielić pomocy zainfekowanym. Ta podatność zainfekowanych na wpływy „autorytetów", może w sprzyjających okolicznościach doprowadzić do tego, że znowu zapłoną stosy. Jak to pięknie ujmują hakerzy, że w imię miłości i ratowania naszych dusz przed zagładą poleje się krew. Przekonywanie nic nie da, może tylko pogorszyć sprawę, gdyż programy hakerów mają mechanizmy obronne, powodujące powstawanie większej blokady na dane wejściowe mogące mu zagrozić. Uważam również, że wyzwiska pod adresem zainfekowanych i wyśmiewanie się z nich jest nie na miejscu. To jak wyśmiewanie się z garbatego.
Wydaje się, że najlepsze efekty przynosi pobudzanie umysłu do samodzielnego krytycznego myślenia. Przy każdej okazji powinniśmy skłaniać takie osoby do zastanowienia i refleksji, może za którymś razem coś tam się zaświeci. Edisonowi też nie udało się za pierwszym razem, ale jak pokazuje jego historia, wytrwałość przynosi efekty. Oczywiście najskuteczniejsza jest profilaktyka. Należy więc dążyć to ograniczenia, a z czasem wyeliminowania hakerów z procesu kształcenia.
skomentuj (0)
17 września 2011 r. odbył się w Londynie kolejny Marsz na rzecz Świeckiej Europy. Fragment przemówienia Andrew Copsona, dyrektora wykonawczego Brytyjskiego Stowarzyszenia Humanistycznego:
„Co tak naprawdę znaczy życie w wolnej, świeckiej demokracji? To znaczy, że jeżeli twoje przekonania religijne są przeciwko aborcji, na przykład, zgadnijcie co? Nie musisz wcale przeprowadzać aborcji! Jeśli twoje religijne poglądy zakazują ci gejowskiego małżeństwa — nie musisz wcale mieć takiego małżeństwa, nie musisz być nawet gościem na takim ślubie, kiedy, co mało prawdopodobne, zostaniesz na niego zaproszony. Jeśli jesteś przeciwko asystowanej śmierci u nieuleczalnie chorych — nie musisz w tym uczestniczyć. Jeśli odmawiasz przyjęcia leku, który jest sprzeczny z twoim światopoglądem, jesteś wolny, żeby tego nie robić, chociaż dziwne, że mało kto odmawia. To jest właśnie twoja wolność. Ale wolność nie znaczy tego, abyś miał jakieś prawo wywierać nacisk na rząd, ażeby faworyzować twoje preferencje, twoje uprzedzenia, twoje upodobania i twoje dogmaty i narzucać je reszcie społeczeństwa."
skomentuj (0)
DEKLARACJA DUBLIŃSKA O ŚWIECKOŚCI I MIEJSCU RELIGII W ŻYCIU PUBLICZNYM
1. Wolności osobiste
a) Wolności sumienia, religii i przekonań są osobiste i nieograniczone. Wolność praktykowania religii powinna być ograniczona tylko koniecznością respektowania praw i wolności innych osób.
b) Wszyscy ludzie powinni swobodnie uczestniczyć w równym stopniu w procesie demokratycznym.
c) Wolność słowa powinna być ograniczona tylko koniecznością respektowania praw i wolności innych osób. Nie powinno istnieć prawo „do bycia nieobrażanym" w systemie prawnym. Wszystkie prawa o bluźnierstwie, jawne i domyślne, powinny zostać uchylone i nie powinny być uchwalane.
2. Świecka demokracja
a) Suwerenność państwa pochodzi od ludzi, a nie od jakiegokolwiek boga czy bogów.
b) Jednymi odniesieniem w konstytucji do religii powinno być zapewnienie, że państwo jest świeckie.
c) Państwo powinno być oparte na demokracji, prawach człowieka i rządach prawa. Polityka powinna powstawać przez stosowanie wobec faktów rozumu, a nie wiary religijnej.
d) Rząd powinien być świecki. Państwo powinno być ściśle neutralne w kwestiach religii i jej nieobecności, nie sprzyjając żadnemu stanowisku i nie dyskryminując żadnego.
e) Religie nie powinny cieszyć się specjalnymi względami finansowymi w życiu publicznym, takimi jak zwolnienia od podatków w działalności religijnej, czy dotacje na promowanie religii lub prowadzenie szkół wyznaniowych.
f) Wyznawanie religii nie powinno być podstawą mianowania kogokolwiek na żadne państwowe stanowisko.
g) Prawo nie powinno udzielać ani odmawiać żadnych praw, przywilejów, władzy lub nietykalności, ze względu na przekonania lub religię, albo też ich nieobecność.
3. Świecka edukacja
a) Edukacja państwowa powinna być świecka. Edukacja religijna, jeśli się pojawi, powinna być ograniczona do nauczania o religii i o świeckich podstawach państwa.
b) Dzieci powinny być uczone o różnorodności religijnych i niereligijnych przekonań filozoficznych w sposób obiektywny, bez indoktrynacji wiarą w godzinach lekcyjnych.
c) Dzieci powinny być uczone krytycznego myślenia i różnicy pomiędzy wiarą a rozumem jako przewodnikiem do wiedzy. Powinno się uczyć nauki wolnej od wpływów religijnych.
4. Jedno prawo dla wszystkich
a) Powinno być jedno świeckie prawo dla wszystkich, demokratycznie przegłosowane i jednakowo egzekwowane, bez jurysdykcji religijnych sądów w sprawach cywilnych lub sporach rodzinnych.
b) Prawo nie powinno kryminalizować prywatnych zachowań dlatego, że doktryna jakiejś religii uważa takie zachowanie za niemoralne, jeśli to prywatne zachowanie respektuje prawa i wolności innych osób.
c) Pracodawcy ani przedstawiciele opieki społecznej z przekonaniami religijnymi nie powinni móc dyskryminować nikogo z żadnego powodu nie mającego znaczenia w danej pracy.
skomentuj (0)
Najpierw dobra nowina: Poseł PO Jacek Krupa dostał z dekanatu Skawina list od księdza prałata Edwarda Ćmiela. Duchowny pisze, że poseł nie spełnia kryterium osoby, na którą mogliby głosować katolicy. ...w liście do posła powołuje się na komunikat z sesji Rady Biskupów Diecezjalnych obradujących w sierpniu na Jasnej Górze. W komunikacie biskupi piszą m.in., że katolicy powinni wybierać osoby walczące o godność człowieka i życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Wzwiązku z tym ogarnia mnie racjonalistyczna trwoga: Oj, co to będzie, jeśli wygra ciemność?
Jeśli owce napędzane przez pasterzy wybiorą nam do władzy czarnych baranów, a te zwycięskie gniłki dorżną Rzeczpospolitą, już słaniającą się od idiotycznych oskarżeń? Za kłopoty społeczeństwa, za brak wielkich finansów niezbędnych do natychmiastowego polepszania obywatelom losu, za kryzys światowy, a przede wszystkim za swoje bezprawie nowi władcy obciążą winą poprzednią ekipę, która rozhulała wszystko.Tak robi się zawsze. Ten mechanizm pozwala obiecywać wszelkie szczęście i powodzenie, czegokolwiek tylko wyborcy pragną. A będąc już przy władzy dranie ogłoszą, iż tego, co w kasie państwowej pozostało, wystarczy jedynie na pomniki największego w dziejach i pradziejach prezydenta oraz na budowę następnych kościołów a także, oczywiście, na termalne wiercenie wszechojca w ziemskiej skorupie. Komu zaś wyjaśnienie bardzo się nie spodoba, zostanie ewentualnie obudzony łomotaniem o szóstej, by zdążył na jutrznię w kaplicy mamra.
Nie bez sensu jest więc pytanie, co lub kto daje pasterzom wiedzę oraz pewność, że gonią owce w najlepszym dla owiec kierunku? Kto napędza pasterzy? Co daje im siłę napędową i przekonanie, że czynią dobrze? Kto ich oświeca?
Gdyby ich pytać, odrzekną, jak przez wieki: Duch!
Niestety, to nie są sprawy do jakiegokolwiek rozumienia, tylko do okrutnie tępej, straszliwej wiary z absolutnym wyłączeniem myślenia oraz bez najmizerniejszego poczucia humoru, z jakim należałoby traktować bezsens zupełny, to znaczy absurd.
Ten Duch jest, a jakby go nigdy nie było. Wykombinowana Istota omotana w kokony szaleńczych spekulacji (spekulacja to pojęcie związane ze spekulantami sprzedającymi towary nieistniejące) niby filozoficznych, a przecież nawet w filozofii jakaś logika być musi. Tu zaś nie ma w ogóle. Sukienkowi piszą o nim, że brak w Starym Testamencie tekstów odnoszących się wprost do Ducha Świętego, to jednak w niektórych sformułowaniach (np. Duch Boży) odczytanych w świetle Nowego Testamentu można domyśleć się zalążków tej idei. Czyli go domyślono, gdyż było zapotrzebowanie. Jego pojęcie było sformułowane dość ogólnikowo w Kościele pierwotnymi było w dziejach chrześcijaństwa przedmiotem uściśleń teologicznych. Uściślili to, co wymyślili. Oni się nawet mocno pokłócili na temat wymysłu i stąd słynna schizma wschodnia. Ów Duch mieszka w niebie, do ludzi jest posyłany lub wylewany. Wszystko ogarnia i porządkuje. Uświęca. Uzdalnia. Jest Pocieszycielem, wyposażając wiernych w zdolności nadprzyrodzone. (Cytaty wziąłem z dzieł zatwierdzonych przez kościelną cenzurę).
Starczy. Nie moja działka.
Niemniej idiotycznie frapuje mnie kwestia poniekąd najważniejsza w całym tym interesie: wyboru papieża spośród oddzielonych od świata dziadków, zamkniętych na konklawe w Kaplicy Sykstyńskiej. Kardynałów, jak jest to tłumaczone, oświeca wówczas Duch Święty i stąd wiedzą, kto ma dostać najwyższą posadę. Jako że Duch najczęściej wyobrażany jest jako gołąb, myślę, że lata po pomieszczeniu i stuka im do czaszek. Ma to według mnie poważne konsekwencje w odniesieniu do późniejszej odpowiedzialności biskupa Rzymu za to, co robi. Na przykład Piusa XII, nazywanego papieżem Hitlera, na którym ciąży odium moralnego przyzwolenia na Holokaust, bo antysemita milczał, kiedy mordowano naszych starszych braci. Zatem kombinuję tak: kiedy w 1939 wybierano namiestnika Pana Boga, Duch kazał kardynałom, by szefem zrobili Eugenio Pacellego. Duch wiedział, bo przecież kto jak kto, ale on zna przyszłość, że wkrótce nastąpi rzeź sześciu milionów Semitów i jak na rzeź zareaguje jego kandydat, zatem winien jest Duch, czyli, przynajmniej dla racjonalisty, nikt. I to jest teologiczne Endlosung kwestii. Czekam na ordery watykańskie, niech Suchocka już wypełnia wniosek!
Albo weźmy na ząb jątrzącą sprawę tzw. dzieci napoczętych (za to właśnie posłowi Krupie odmówiono wyborczego błogosławieństwa czyli agitowania za nieszczęśnikiem). Uruchomiona została przez kler cała nierozumna szlamista wściekłość, podkręcony olbrzymi jazgot nieatrakcyjnych erotycznie, zwłaszcza nieczynnych płciowo, starych bab o zatęchłej urodzie zepsutych korniszonów, a też pyskowanie kempiasto młotowatych na ciele i umyśle, by postawić normalnym zjadaczom chleba plugawy, idiotyczny zarzut mordowania… zarodków ludzkich.
Litościwie, z chrześcijańskim miłosierdziem odpuśćmy głupim wulgarny motyw tego lamentowania: sami mają zabronione przyjemności płciowe, a stąd pochodzą zarodki, więc zabraniają innym.
Sprawa jest głębsza, duchowa, związana z zakresem obowiązków służbowych prezentowanego tu Ducha.
Zauważmy otóż jak przez jeden tysiąc dziewięćset lat chrześcijaństwa traktowane były w tej, opartej na miłości, kulturze kochane dziateczki, milusieńkie, niewinne maluszki oraz też starsze draństwo (świętymi jajeczkami damskimi napoczętymi przez plemnik nikt się wtedy w ogóle nie interesował). Generalnie przez cały ten długachny raczej czas gówniarze byli dla wszystkich, a Kościoła głównie, nie małymi ludźmi a cholernymi śmieciami wypełnionymi pragnieniem grzeszenia. Duch Święty radził bić je różdżką, wedle przekonania św. Augustyna, że Gdyby mu[dziecku] pozwolić na robienie tego, co mu się podoba, nie byłoby zbrodni, w której by się nie pogrążyło. Dlatego bicie dzieci było powszechną metodą wychowawczą. W średniowieczu w każdą sobotę karano dzieciaki za przewiny całego tygodnia i na zapas dla ich dobra, bo nieukarane byłyby skazane na wieczne męki. Dzieci bowiem żyją jako bydlęta… żądza zmysłowa i gniewliwa im panuje, twierdził renesansowy profesor Akademii Krakowskiej, uważany za wybitnego filozof Sebastian Petrycy. Jeszcze w jego czasach dzieci ułomne były tradycyjnie zabijane. Natomiast bicie ich było powszechnie zalecaną metodą wychowawczą do XVIII wieku. Ten skuteczny sposób nadal zaleca w wieku XXI (!) polityk Marek Jurek. Położenie kresu przemocy wobec nieletnich postulowali dopiero ohydni myśliciele wstrętnego, bezbożnego oświecenia. Krzywdę dzieci zaczęto dostrzegać i chronić je co nieco w stuleciu XIX. W tymże wieku śmiertelność maluchów do lat trzech wynosiła prawie dziewięćdziesiąt procent, bo Kościół od początku swego istnienia, tak jak obecnie np. w dziedzinie komórek macierzystych, doktrynalnie więc bezwzględnie hamował postęp medycyny. Wolno nie tylko mniemać, iż przy wolności badań w tej dziedzinie znacznie wcześniej wykryto by między innymi istnienie chorobotwórczych drobnoustrojów. Milionów ludzi zabitych z przyczyny kościelnej ciemnoty nie dla się zliczyć.
Co ma do tego Duch Święty?
Wszystko ma!
Dlaczego oświecał rzesze teologów o np. właściwościach aniołów, których istnienia naukowo za cholerę stwierdzić się nie da? A zasrańcy nigdy nie spytali go, jak żyć w zdrowiu, jak należy traktować dzieci, kobiety, niewolników, chłopów pańszczyźnianych?
Dlaczego czarne darmozjady, co oblepiły średniowiecze niby spasione mszyce, wysyłały tysiące maluchów, by z rąk tureckich wyzwalały Grób Chrystusa, czyli na pewną śmierć w cierpieniach?
Bo ówczesnym nalanym pasożytom nie przychodziło do łysych głów? Zaś obecnie takie krytyczne myślenie jest nie dozwoloną naukowo antycypacją, gdyż przecież ludzie tamtych wieków byli od nas inni? Zgoda, byli głupi. Ale przecież Duch może wszystko, więc mógł ich zmądrzyć!
Skąd ta zawzięta, warcząca, psychopatyczna obrona jajeczek nienarodzonych? Czarni przez wieki obojętnie dopuszczali masową śmierć i cierpienia dzieci, a teraz jak wariujące psy bezsensownie uczepili się zapłodnionych komórek! Gdybym był szlachetny, przypuściłbym, że zasadniczym powodem jest podświadoma ekspiacja za wiekowe nieprawości, za zamordowanie milionów Żydów oraz tzw. pogan, za palenie heretyków i czarownic, zatłukiwanie i zarąbywanie wszelkich myślących inaczej. Ale nie przypuszczam wstydu u fanatyków. Bliższy jestem przypuszczenia, że fanatycy skoro obecnie nie mogą zarzynać wrogów, to przynajmniej mordują ludziom rozumy.
Kto za to szaleństwo, ale i zbrodnie, odpowiada? Sprawca natchnienia, by działać tak a nie inaczej, ten, co oświeca. Powtarzam: Duch, czyli według mnie nikt.
On również, ten Nikt odpowie, kiedy pasterze niedługo napędzą owce, by wybrały do rządzenia nami narodowo-klerykalnych-socjalistów.
Zaprezentowałem pogląd racjonalistyczny. W teologii rzecz jest rozpatrywana trochę inaczej. Immanentną (czyli należącą do jego istoty) właściwością wymienionego Ducha jest to, że czyni wyłącznie dobro. Jeżeli zaś coś schrzani, winę ponosi nie on, tylko jego odpowiednik, zły duch, znany powszechnie jako szatan.
Krótko mówiąc: dobry duch oświeca dobrze, zły źle. Strach pomyśleć, który oświeca biskupów prowadzących owce do przepaści. Wiadomo za to, na kogo zostanie złożona wina.
Wina w każdym przypadku złożona zostanie tradycyjnie na tego diabła kaszubskiego, co zwie się tusek.
P.S. Proszę zauważyć, jaki ze mnie grzeczny chłopak! Nie użyłem ani, tak bardzo stosownego w temacie, wyrażenia bezczelność, chamstwo czy żabie plemniki w mózgu, ani podobnych wulgaryzmów!
skomentuj (0)
Książka Christophera Hitchensa: „Bóg nie jest wielki" pod wieloma względami podobała mi się jeszcze bardziej niż „Bóg urojony" Dawkinsa. Dawkins — biolog, a więc człowiek o umyśle ścisłym, skupiał się bardziej na tym, jak Bóg mógłby wyglądać,i dlaczego jest tak bardzo nieprawdopodobne, by wyglądał tak jak chcą wierzący, a także na pochodzeniu moralności (dobre memy), natomiast książka Hitchensa, daleko bardziej osobista i humanistyczna w wyrazie, przez co mi jako historykowi bliższa, dotyczy przede wszystkim skutków istnienia religii.
Skutki te wynikają z podsycania przez religię ludzkiego solipsyzmu — przekonania, że wszystko kręci się wokół ciebie, że Bóg interesuje się wszystkim co robisz, hodowanie spojrzenia dalekiego od panoramiczno-globalnego, ergo — racjonalnego. Solipsyzm religijny powoduje, że nie pytamy już czemu Jezus postanowił uzdrowić tylko przypadkowo napotkanego ślepca, a nie uleczył całej ludzkości od ślepoty. Religia hoduje ludzi służalczych (jaki jest sens nieustannego chwalenia kogoś niby wszechmogącego — ojciec J.S.Milla uważał dlatego, że religia obniża standardy moralne) i uczy ich nonsensów, np., że są miejsca świętsze od innych, i trzeba tam pielgrzymować, lub że trzeba podpalić kościół konkurencji (ateiści, co ciekawe meczetów i synagog nie podpalają).
Hitchens, za Marksem, uważa, że religia otacza ludzki „padół płaczu" nimbem świętości, zamiast rzucić wyzwanie ludzkiej niedoli, a to dlatego, że religia głosi, iż tylko dawne dzieje i wydarzenia są ważne („...jak było na początku…"), co wskazuje raczej, jak pisze Hitchens, że religie wyczerpały już swe siły inspirujące i ważne, a teraz mogą co najwyżej błysnąć humanizmem swych sług takich jak luterański pastor powieszony przez nazistów za niechęć kolaborowania z nimi.
Shakespeare ma, zdaniem Hitchesna daleko większą siłę moralną niż Koran, m.in., dlatego, że powstał w bardziej oświeconych czasach, a kultura anglosaska, także ta powiązana bezpośrednio z protestantyzmem, jest lepszym przewodnikiem duchowym, niż jakakolwiek święta księga starożytności.
Hitchens wymienia bardzo liczne przykłady szkodliwości działań ludzi religijnych. Wymienia tu nie tylko zamachy bombowe, ale i np. próbę zablokowania zniesienia zakazu rozwodów w Irlandii w 1996 roku (przy okazji autor wytknął Matce Teresie, to, że chce pozbawić nadziei katoliczki ożenione z pijakami i brutalami, a cieszy się z rozwodu swej przyjaciółki ks. Diany, tj., że jest pobłażliwa tyko wobec bogatych i potężnych).
Religia, według Hitchensa sprzyja eskalacji konfliktów etnicznych, jak np. w Irlandii Płn. (w znanym dowcipie bandziory pytały: „jesteś protestanckim czy katolickim ateistą?" — by wiedzieli czy mają delikwenta pobić, czy nie). Podobnie rzecz się ma z czystkami etniczno-religijnymi w Jugosławii, które tak naprawdę są czysto religijnymi, bowiem jak Chorwat-ateista może udowodnić, że nie jest Serbem, przecież Chorwat, w powszechnym mniemaniu, różni się od Serba tylko religią. Kolejne przykłady to skutki terroru Hamasu w Palestynie, czy bigoteryjny upadek Bagdadu (rzekomo „świecki" Saddam Hussajn używał języka dżihadu). Szczególnym skutkiem niezasłużonego szacunku dla religii może być współczucie dla Chomejniego, a brak jego dla Rushdiego, i to nie tylko ze strony duchownych, ale nawet ateistów, co wskazuje brak szacunku dla prawdy i tendencję do podlizywania się religii. Tu warto wspomnieć Johna Le Carre, który uznał, że Rushdie jest „sam sobie winien". Kolejne przewinienia religii to: zablokowanie szczepień w Bengalu (mułłowie puścili plotkę, że wszczepiają nie lek, lecz środek powodujący impotencję), niechęć do świń (choć to zwierze inteligentne, którego skóra nadaje się do przeszczepów, a inne części ciała do mnóstwa innych przydatnych rzeczy), traktowanie huraganów i innych zjawisk jako karę boską za np. tolerowanie homoseksualizmu.
Swoją drogą warto przypomnieć, że trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku zadziałało na wyobraźnie zbiorową zupełnie odwrotnie - jako argument przeciw religii. Katastrofa ta wstrząsnęła ówczesną Europą. Dla Voltaire’a, który napisał: Poème sur le désastre de Lisbonnei wielu innych katastrofa znaczyła potwierdzenie słuszności deizmu - tj. przekonania, że bóg nie ingeruje w życie ludzkie, bowiem tylko tak może pozostać dobrym. (Polski przekład Stanisława Staszica nosił tytuł "Poema o zapadnieniu Lizbony", i ukazał się w Polsce w 1779 roku. Red.) Fakt wystąpienia trzęsienia ziemi w Lizbonie i zniszczenia wielu ważnych obiektów sakralnych, właśnie w dzień świąteczny — Wszystkich Świętych - wzbudził wiele zainteresowania kwestiami polityki Kościoła w całej Europie. Z punktu widzenia przeciętnego XVIII-wiecznego katolika, mieszkańca Europy, było to bardzo trudne do zrozumienia, szokujące zrządzenie nadprzyrodzone. Listopadowa Gazeta de Lisboa pisała, że tragiczny dzień pozostanie na wieki w pamięci tych, którzy przeżyli. Jeśli chodzi o wpływ na umysły europejskie, trzęsienie 1755 roku, porównuje się z holocaustem. W europejskich salonach porównywano mieszkańców „gostyko-orientalnej" Lizbony do Hebrajczyków przekraczających Morze Czerwone. Szwedzki „Mercure" donosił, naginając nieco fakty, o zwaleniu się gmachu Inkwizycji, co uratowało pewnego kalwinistę od stosu. W Hadze ukazała się w 1756 roku praca: Discours politique sur les avanntages qeu la Portugal pourrait tirer de son malheur, której autor-anglofob doradzał Portugalii wykorzystanie katastrofę dla unieważnieniu sojuszu z Londynem, co nie było zbyt fair, zważywszy na to, że Brytyjczycy przysłali do zniszczonej Lizbony wielką flotę z pieniędzmi i ryżem, mąką warzywami i narzędziami, podczas gdy np. Francja zadowoliła się tylko deklaracją typu: „jeśli byście czegoś potrzebowali, dajcie znać". Oczywiście Brytyjczycy nie byli aż takimi altruistami, by przez katastrofę londyńska City splajtowała. Brytyjskie koła arystokratyczne i kupieckie rozmawiały ile kto stracił w English Factory, wiec musieli uruchomić jakiś odpowiednik planu Marshalla.
Goethe wspominał, że katastrofa lizbońska wznieciła w Niemczech „demona strachu", podważając wiarę wielu osób. Co jednak by było gdyby katastrofa wydarzyła się w inny dzień lub w epoce, w której prym wiodą liberałowie? W zburzonym mieście były spowiednik rodziny królewskiej jezuita o. Malagrida opowiadał wśród tłumów, że nastał czas gniewu boga i skruchy, wzbudzając panikę. By przeciwdziałać tej propagandzie, Pombal postarał się, by każdy wiedział, że fala tsunami uderzyła nawet w Skandynawię i w Nową Anglię (heretyków), oraz w Maroko (muzułmanów), a nie tylko w Lizbonę. A kilku aktywniejszych kaznodziejów dyskretnie wysłano do Anglii. Gdy Malagrida wydał broszurę, oskarżając „grzesznych" Lizbończyków za katastrofę, Sebastião de Carvalho e Melo, kazał interweniować nuncjuszowi, który wysłał Malagridę do Setubal po drugiej stronie Tagu. Trzeba tu zaznaczyć, że sam Pombal również był bardzo pobożny, ale nade wszystko bał się fanatyzmu religijnego. Dopiero 17 listopada (po 2 tygodniach) do miasta powrócił kult religijny. W całym mieście słychać było tego dnia niekończące się miserere i gloria.
Rushdie gościł u Hitchensa w Waszyngtonie, co oznaczało konieczność przestrzegania drobiazgowych przepisów bezpieczeństwa, gospodarz dziwił się dlaczego położenie Rushdiego nie wywołuje więcej współczucia, w końcu jest to człowiek spokojny, który nikogo nie morduje. Mnie osobiście równie frapuje fakt, dlaczego wszyscy potępiają np. spokojnego Holendra, również żyjącego w bunkrze, czyli Geerta Wildersa, a nie tych, którzy wysyłają mu listy z pogróżkami. Zapewne działa tu mem religijny podlizywania się potężnym, bez zwracania uwagi na krzywdę niewinnych. Hitchens zwraca uwagę na unikanie języka religijnego w wydaniach wiadomości i oficjalnych tekstach analityków politycznych. Podobnie stwierdzała Melanie Philips w „Londonistanie". Ludzie Zachodu mają według niej problem ze zrozumieniem, że religia może być bodźcem do zastosowania przemocy, i np. tłumaczą sobie zamachy jako skutek biedy czy wykluczenia społecznego (kulturowy marksizm), choć np. ci co wysadzali londyńskie autobusy, jak i członkowie „azjatyckich gangów", nie należą do pariasów.
Za bardzo nieprzyjemną cechę religii zorganizowanych uważa Hitchens żerowanie na niewinności i naiwności dzieci, straszenie ich, zawstydzanie seksualne dorastających nastolatków i potem dorosłych. Pamiętam jak w czasie dyskusji pod jednym z moich artykułów, ktoś pisał o tym, ze Kościół zawsze będzie sięgał po owe zawstydzanie, bo to jedyny sposób, by ludzie pozostali w jakiś sposób grzeszni, a Kościół potrzebny.
Religia, zdaniem autora God is not Great, objawia też skłonność do wypatrywania i wyczekiwania końca świata, chociaż jej starożytne wizje są dziecinnie niewinne w porównaniu z tym, co się rzeczywiście zdarzy za 5 mld lat, gdy Słońce eksploduje, a nasze oceany wyparują. Religia gardzi życiem doczesnym, więc strach pomyśleć co zrobią fanatyczni generałowie pakistańscy (pamiętam jak Hitchens w dyskusji z Dennettem, Harrisem i Dawkinsem rozmawiał o pomyśle pewnego pakistańskiego „naukowca", by wykorzystać dżiny jako napęd reaktora), ze swym nuklearnym arsenałem. Religia żeruje też na freudowskim strachu ludzkim przed śmiercią, do niedawno totalnie dominując w życiu społecznym i grożąc śmiercią nieposłusznym. Dopiero Spinoza, Kant („postępuj tak, jakbyś chciał, by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem") i Laplace pokazali, że religia nie musi być do czegokolwiek potrzebna.
Hitchens wyśmiewa niezdolność religii do racjonalnej obrony swych argumentów i samozadowolenie z absurdalności własnych założeń (Tertuliańskie: „wierzę, ponieważ to absurd" versus Popperowe: „niepodważalna teoria jest kiepską teorią"), przy jednoczesnym heroizmie przejawianym w siłowym dopasowywaniu wiedzy naukowej do religijnych mitów.
Hitchens wyśmiewa też sztuczki stosowane przez wierzących, by udowodnić ważne naukowe fakty. Samolot zdaniem kreacjonistów miał być jednorazowym tworem, tak jak miał niby nim być nasz świat, podczas gdy, jak pisze Hitchens, taki samolot powstawał i powstaje nadal ewolucyjnie, dzięki pracy całych pokoleń aeronautów i wynalazców, poczynając od braci Mongolfier i ich balonu, tak samo jak samochód powstaje nieprzerwanie od 1769 roku, od-fardier à vapeur Nicolasa Josepha Cugnota. Żaden duchowny nie obalił krytyki biblijnych mitów Thomasa Paine’a.
Obrońcy religii podsuwają nam fałszywe alternatywy; cytowany przez Hitschensa C.S. Lewis, który uznawał, że albo Jezus był bogiem, albo jego nauki są nic nie warte, co jest bzdurą (nawet Dawkins uważa część jego nauk za przydatne i mądre). Święte księgi można też bardzo różnie interpretować (wnuk Chomejniego, goszczący u Hitchensa, na podstawie wybranego fragmentu stwierdził, że dziadek nie ma racji chcąc władzy religijnej już na tym świecie). Fanatycy jednaj religii dostrzegają tylko cudzy fanatyzm, jak ultrachrześcijański rozmówca Hitchensa w Białym Domu, który był ciekaw dlaczego muzułmanie są takimi fanatykami, co autorGod is not great wziął za oznakę otwartego umysłu i srodze się pomylił. Gdy Hitchens zauważył, że islam jest jeszcze młodą religią, która musi się „wyszumieć", bo nie jest jeszcze tak pewna siebie jak inne, zaś istnienie jej proroka Mahometa jest lepiej potwierdzone historycznie niż Jezusa, rozmówca wpadł w histeryczny gniew, wrzeszcząc, że Jezus znaczy więcej dla milionów, niż Hitchens to sobie wyobraża (s. 131).
Arabowie mieli w myśl różnych teorii historycznych zazdrościć Hebrajczykom i chrześcijanom objawienia, i dlatego wymyślili sobie własne, tworząc kompilację starszych mitów i cudów. Wszystkie te cuda dokonywały się, jak zauważał Voltaire (s. 143) w czasach, gdy wszyscy niemal byli niepiśmienni, tak wiec oczytany nowoczesny świat powinien pozbyć się dziecięcych mitów wywodzących się z tradycji głównie ustnej, by poczuć się lepiej, tak jak Hitchens, poczuł się lepiej po odrzuceniu dogmatycznego marksizmu (s. 155).
Majmonides cieszył się, że Żydzi zabili Chrystusa („wstrętnego heretyka"), tak więc z chrześcijańskiego punktu widzenia atak na nich ma jakiś sens, ale to tylko podsyca dawne waśnie. W wywiadzie na temat „Pasji" Gibsona, Hitschens zrzucał główną winę na okupantów, czyli Rzymian, polemizując z Melem Gibsonem. Jednocześnie Hitchens żałuje, że tego rodzaju spory mają dziś jakieś znaczenie, i twierdzi, że to bitwa pod Antietam w czasie wojny secesyjnej uczyniła ludzi Zachodu zakładnikami starożytnych judejskich sporów. Lincoln miał uznać to zwycięstwo za dobry moment do emancypacji niewolników, tak by ludzie myśleli, że ta wojna nie jest tylko bezduszną masakrą.(s. 182, 191).
Dalej w Bóg nie jest wielki, możemy przeczytać o jarmarcznych początkach religii (kulty cargo, mormoni), o przesadzonych zasługach religii (M. Luther King był bardziej humanistą niż duchownym, a ateista Nehru był w większym stopniu twórcą niepodległości Indii niż fanatyczny hindus Gandhi). Dalej przeczytamy o kwakrach, którzy prawie pogrzebali amerykańską rewolucję, o kalwińskim apartheidzie, o chrześcijańskim rasistowskim południu USA, o strachu Voltaire’a, Gibbona i Bayle’a o własne życie, który kazał im temperować wymowę swoich tekstów pseudo-religijnymi zaklęciami, o kajaniu się Montesquieu za sympatię wobec Spinozy, o zmuszaniu ludzi wierzących do życia w fatalnych warunkach, wskutek potępiania antykoncepcji, o oskarżaniu ludzi żyjących w roku 2010 o zabicie Chrystusa w roku 33, czy też 26 n.e., o uważaniu heretyków za skazanych na piekło — choć Atanazy z Aleksandrii (s. 222) pisał, że tylko ci co świadomie odchodzą od Kościoła - trafią do piekła, o preferencji hipokryzji od uczciwej niewiary.
Słynny „argument" ludzi religijnych, że totalitaryzmy XX wieku wyrządziły więcej zła niż kiedykolwiek uczyniła religia, Hitchens odpiera dowodząc, że po pierwsze tak stawiając sprawę fanatycy religijni sami przyznają się, że „są tylko trochę lepsi od Hitlera i Stalina", po drugie, że te totalitaryzmy miały religijną oprawę (tak samo zauważył już Bertrand Russell w 1935 r.), oraz, że chrześcijanie jakoś te totalitaryzmy przetrwali, tak jak ateiści przetrwali setki lat teokracji gotowych zabić za ateizm.
Swoją książkę Hitchens zakończył wezwaniem do nowego oświecenia, które jest obecnie osiągalne dla każdego i o szukanie podniety duchowej w nieszkodliwej poezji i muzyce, a nie w podstępnej religii, wobec powszechności Internetu i piśmiennictwa. Książka kończy się więc optymistycznie, choć w rozmowie z Dennettem, Harrisem i Dawkinsem, Hitchens wyraził obawę wobec możliwego nieuniknionego zwycięstwa teokracji nad rozsądkiem w walce, która trwa nieprzerwanie odkąd filozoficzny judaizm hellenistyczny został wyparty przez dogmatyczny, który przygotował glebę pod chrześcijaństwo i islam. Hitchens diagnozował wówczas, że ateiści i racjonaliści zazwyczaj unikają walki z religią (a nawet się jej podlizują), choć walka o prawdę powinna być ich obowiązkiem. Jak sądzę, zapewne winien jest tu postmodernizm, który zaburzył wiarę Zachodu w postęp i rozum.
skomentuj (0)
Co łączy protestujących w Anglii, Hiszpanii, Francji, Izraelu czy USA? Bezsilność. Całe szczęście, że w obliczu światowego kryzysu nie wszystkie demokracje okazały się bezradne.
Trwająca od połowy maja „szopka” Ruchu Oburzonych przejadła się już hiszpańskim elitom politycznym. Gdy na początku zeszłego tygodnia młodzi próbowali ponownie dostać się na Puerta del Sol, MSW oraz władze Madrytu odgrodziły popularny plac szczelnym kordonem policyjnym. Gdy kilka dni później zdecydowali się na protest pod madrycką siedzibą MSW, uzbrojone policyjne oddziały zaatakowały demonstrujących. Jedyną reakcją na protesty, do jakiej był zdolny rząd premiera Zapatero, okazały się pałki policyjne.
Obywatele są z Ziemi, a politycy z Marsa
Inicjatywę Oburzonych oprotestowała niemal cała hiszpańska elita polityczna. Przedstawiciele burmistrza Madrytu ostro skrytykowali protesty, podkreślając, że w ich efekcie właściciele sklepów i restauracji stracili 60 mln euro. Manifestujących zrugali lider socjalistów Alfredo Perez Rubalcaba i cała prawicowa opozycja. Tymczasem rząd ponownie nabrał wody w usta.
Taka postawa elit nie dziwi. W końcu Oburzeni nie protestują przeciwko złym przepisom drogowym, zbyt małym ulgom podatkowym czy niedofinansowaniu lokalnego szpitala. Nie postulują fragmentarycznej zmiany rzeczywistości. Protestują, bo nie podoba się im to, jak się im żyje. Tylko tyle – i aż tyle. Ich ruch odżegnuje się od prostych kalek podziałów politycznych. Jest oddolny i jawnie alter- czy nawet antysystemowy. I właśnie dlatego uwiera, jak kamyk w bucie, całą scenę polityczną.
Racjonalnych, wydawałoby się, haseł, które na transparentach wypisują dziś buntujący się Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie czy Brytyjczycy, nikt z establishmentu nie potraktował poważnie. W Hiszpanii nie zreformowano ordynacji wyborczej, w Wielkiej Brytanii podniesiono czesne w szkołach wyższych, wbrew przytłaczającej woli Amerykanów nie podniesiono podatków najbogatszym, a Francuzom nie udało się obronić dotychczasowego wieku emerytalnego.
Wszystkie te postulaty, mimo że cechowały się wielkim poparciem społecznym, nie zostały wprowadzone przez polityków. – „Nie reprezentujecie nas!” – słusznie więc powtarzają rozjuszeni młodzi.
Dziwny kryzys
Kryzys kompetencji ogarnął nie tylko polityków, ale i część elit intelektualnych. Te utraciły ostrość widzenia tak dalece, że głosicielem postulatów młodego pokolenia został przeszło 90-letni Stephane Hessel. Jak pisze w swoim eseju „Czas Oburzenia”: Ośmielają się nam mówić, że państwo nie może już podołać kosztom tych oczekiwań obywatelskich. Jakże może zabraknąć pieniędzy na trwałe utrzymanie zdobyczy socjalnych dzisiaj, kiedy produkcja bogactw tak znacznie wzrosła od czasu Wyzwolenia, od czasu, kiedy Europa była zrujnowana?
Społeczeństwa globalnej północy domagają się obciążenia kosztami kryzysu gospodarczego tych, którzy są za niego odpowiedzialni – sektora finansowego. Jednak w tej i w pozostałych sprawach już dawno straciły moc sprawczą. Dzisiejsze państwa demokratyczne karleją, stopniowo i niezauważalnie tracąc wpływy na rzecz kapitału transnarodowego.
Gdzieś obok tego wszystkiego, zasępieni politolodzy przebąkują o kryzysie demokracji. Co lepiej zorientowani ekonomiści dodają coś o kryzysie gospodarek kognitywnych. Poczciwi dziennikarze martwią się zdrowiem mieszkających w namiotach „zakręconych manifestantów”. Wszyscy są zaniepokojeni. Tylko nic z tego nie wynika.
Ile owiec w kredycie
Z postkryzysowego scenariusza niemocy wyłamała się tylko Islandia. Ten zamieszkały przez 300 tys. obywateli kraj był przed globalnym krachem jedną ze spekulacyjnych skarbonek finansowych. Islandia, która na kilka lat przed kryzysem sprywatyzowała sektor finansowy i znacząco zmniejszyła kontrolę krajowego nadzoru finansowego (FME), była wskazywana jako wzorowe miejsce do inwestycji.
Gospodarka, której podstawą dotąd było rybołówstwo, nagle stała się bankowym eldorado. Szacuje się, że w przedkryzysowym okresie na wyspie poza Islandczykami i 1,2 mln owiec znajdowało się co najmniej 600 tysięcy kont zagranicznych.
Gdy we wrześniu 2008 r. nastąpił krach gospodarczy, okazało się, że trzy największe sprywatyzowane banki islandzkie – Islandsbanki, Landsbanki i Kaupthing Bank – są zadłużone za granicą na ponad 40 mld euro. Dodajmy, że w rekordowym 2007 r. PKB Islandii wyniósł 8 mld euro.
Wskutek kryzysu kapitalizacja tamtejszej giełdy spadła o 90%. Łączne zadłużenie sektora prywatnego i publicznego ponad sześciokrotnie przekroczyło PKB wyspy. Inflacja skoczyła do ponad 14%, a islandzka korona straciła 35% wartości. Stop bezrobocia wzrosła z 2% do 9%.
Mały kraj, wielka odwaga
Jednak reakcja islandzkich elit politycznych na kryzys finansowy okazała się nieortodoksyjna. Decydenci nie oglądali się na neoliberalne dogmaty i natychmiast uszczelnili i objęli ścisłym nadzorem cały sektor bankowy. Jeszcze w 2008 r. rząd dokonał renacjonalizacji Islandsbanki i Kaupthing Bank, a nadzór finansowy przejął kontrolę nad Landsbanki.
Niedługo potem Islandczycy zaczęli domagać się usunięcia całego rządu. Od października 2008 do stycznia 2009 r. w Reykjavíku miały miejsce spontaniczne protesty, które z czasem przerodziły się w zamieszki. 21 stycznia limuzyna ociągającego się z ustąpieniem ze stanowiska premiera Geira Haarde został zaatakowana przez rozwścieczonych obywateli. Następnego dnia islandzka policja po raz pierwszy od 1949 r. w walkach z manifestantami użyła gazu łzawiącego. Wysiłek protestujących nie poszedł jednak na marne. Pod koniec miesiąca Haarde podał się do dymisji.
Islandia jako jedyny kraj na świecie wyciągnęła konsekwencje od współodpowiedzialnych za kryzys. Za sytuację gospodarczą zapłacił nie tylko Haarde, ale również wszyscy decydenci islandzkiego nadzoru finansowego. Podczas gdy w USA do dziś waszyngtońskie tuzy ekonomiczne zachowały stanowiska, cała dyrekcja islandzkiego nadzoru zwolniła się z pracy.
Gabinet nowej premier Johanny Sigurðardottir powołał komisję śledczą, która oskarżyła Haarde oraz trzech jego ministrów o niedopełnienie obowiązków urzędnika państwowego. W wyniku głosowania w parlamencie, sprawa byłego premiera trafiła do sądu.
Grube ryby za kratami
Na tym nie poprzestano. W 2009 r. islandzki establishment postanowił przeprowadzić wyczerpujące śledztwo, mające „zbadać potencjalne działania o charakterze kryminalnym, które miały miejsce w okresie przed krachem bankowym”. W tym celu przy prokuraturze generalnej powołano specjalny międzynarodowy zespół specjalistów ds. przestępczości bankowej. Na jego czele stanęła Eva Joly, francuska sędzina śledcza, która w przeszłości wsławiła się m.in. wykryciem afery korupcyjnej koncernu paliwowego Elf czy korupcji wśród pracowników banku Credit Lyonnais.
Śledztwo ma potrwać 2-3 lata, ale już przyniosło pierwsze rezultaty. Islandia, jako jedyny kraj, po kryzysie doprowadziła przed sądy szereg pracowników swojego sektora bankowego. Do tej pory aresztowano m.in. zarząd brytyjskiej spółki inwestycyjnej Rotch Group czy byłego prezesa banku Kaupthing. Prace zespołu Joly na tyle zaniepokoiły część islandzkiej elity, że szereg wpływowych przedsiębiorców zdecydowało się opuścić kraj – tak zrobili m.in. właściciele sieci sprzedaży detalicznej Baugur Group.
Jak by tego było mało, maleńka Islandia oparła się presji zagranicznych wierzycieli. Gdy w 2009 r. Wielka Brytania oraz Holandia domagały się zwrotu ok. 4 mld euro długu internetowego banku Incsave, Islandczycy powiedzieli „dość”. Zgoda rządu na warunki obu krajów oznaczałaby, że dług powstały w wyniku spekulacji pracowników jednego tylko islandzkiego banku, obciążyłby każdego obywatela wyspy na sumę ok. 12 tys. euro. Tak więc najpierw w 2010, a potem w 2011 r. prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson zawetował umowę dotyczącą spłaty należności i rozpisał w tej sprawie referenda. Nie trzeba chyba mówić, z jakim skutkiem.
Islandia chcąc nie chcąc stała się przykładem demokracji zdolnej odpowiedzieć na wyzwania zglobalizowanego świata. Nie obarczyła obywateli długami zaciągniętymi przez bankierów. Jako jedyna zastosowała procedury dalekiej interwencji państwowej w sektorze bankowym, sformułowała akty oskarżenia przeciwko tuzom finansjery. Jako jedyna potrafiła trafnie osądzić własne elity polityczne i wysłuchać postulatów protestujących ludzi.
Jak widać, da się. Spekulanci, drżyjcie. Oburzeni, oburzajcie się!
Tadeusz Markiewicz
(ur. 1987) – analityk ds. bezpieczeństwa gospodarczego, dziennikarz, copywriter, aktywista – nie był jeszcze tylko ministrem. Absolwent politologii i profilaktyki społecznej (UW). Pomysłodawca i organizator inicjatyw obywatelskich, m.in. szeroko nagłośnionej akcji „Ratujmy Iluzjon”. Poza tym: członek Zielonych 2004, autodydakta literatury amerykańskiej, miłośnik muzyki minimalistycznej. Fan Star Treka.
skomentuj (0)
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Jakie oblicze przyjmą kraje arabskie po zakończeniu rewolucji? „Gazeta Wyborcza" (31.08.2011) informuje radośnie, że na czele libijskich rebeliantów stoi „skruszony" terrorysta Al-Kaidy, egipski dziennika „Roz Al-Yousef" publikuje wywiad z wysokim funkcjonariuszem Egipskiego Islamskiego Dżihadu (EID), który 23 marca 2011 r. został zwolniony z więzienia.
Shehato: Nie wykorzystujemy demokracji, ponieważ nigdy nie włączyliśmy się i nigdy się nie włączymy w działalność polityczną lub partyjną… Wierzymy, że zaprowadzenie szariatu musi zostać dokonane niezależnie od gry politycznej, chociaż pewne nurty islamskie są gotowe uczestniczyć w tej grze, by osiągnąć ten sam cel. Powiedzieliśmy, że "lud chce zaprowadzeniaszariatu", ponieważ większość ludzi jest muzułmanami, jak również w oparciu o nasze zrozumienie sytuacji w terenie. Równocześnie nie czynimy żądań na rzecz ludu w imieniu ludu, ale żądamy rządów Allaha. A kiedy stosowane jest prawo Allaha, rola ludu się kończy i panować będzie Allah.
Szejk Adel Shehato mówił w tym wywiadzie między innymi:
...Młodzież egipska powstała dla pewnego ideału… Nie powstali w celu wprowadzenia szariatu, ani nie narzekali, że reżim Mubaraka nie rządził zgodnie zszariatem... Jako muzułmanie musimy wierzyć, że Koran jest naszą konstytucją i że dlatego dla nas ustanowienie zachodniej demokracji nie jest możliwe. Sprzeciwiam się demokracji, ponieważ nie jest ona wiarą muzułmanów, ale wiarą Żydów i chrześcijan. Mówiąc prosto, demokracja oznacza rządy ludu… Zgodnie z islamem jest zabronione, by lud rządził i stanowił prawa, ponieważ tylko Allah jest władcą. Allah nie przekazał tego określenia „demokracja" jako formy rządów i jest ono nieobecne w leksykonie arabskim i islamskim...
Dziennikarz: Jeśli nie wierzycie w rządy ludu, dlaczego poszliście na plac Al-Tahrir z hasłem "lud chce zaprowadzenia szariatu"? Czy wykorzystujecie demokrację, żeby osiągnąć to, czego pan chce, a potem zlikwidować demokrację?
Dzienikarz: Jak godzicie waszą opozycję wobec woli ludu z koncepcją szura (konsultacje) w islamie?
Shehato: "Szura" w islamie znaczy, że obok muzułmańskiego władcy istnieje rada zarządzająca, składająca się z najlepszych spośród starszych duchownych, wybieranych na podstawie swojej pobożności i umiejętności politycznego przywództwa. Ale nie ma konsultacji z plebejuszami, takimi jak robotnicy i fallahin, ani nie ma konsultacji w sprawach, które są sprzeczne z szariatem.
Dziennikarz: Jakie rozwiązanie proponujecie dzisiaj, po rewolucji?
Shehato: ...Nadal wyznajemy starą ideologię dżihadu, która dzisiaj jest ideologią szejka Ajmana Al-Zawahiriego, nieżyjącego szejka Osamy bin Ladena i Abu Muhammada Al-Makdisiego… Jeśli rewolucja miała obalić tyrana Mubaraka, to zawsze mówiliśmy, że wszyscy władcy arabscy, bez wyjątku, są niewiernymi, którzy muszą zostać zabici, ponieważ nie rządzą zgodnie z szariatem. Są niewiernymi apostatami, w odróżnieniu od takich niewiernych jak Żydzi i chrześcijanie i każdy, kto wątpi, że są oni niewiernymi, sam jest niewiernym.
Dziennikarz: Ale w Egipcie nigdy nie uważaliśmy chrześcijan za niewiernych. Wielu z nas ma przyjaciół chrześcijan bliższych często niż nasi muzułmańscy przyjaciele.
Shehato: Jako muzułmanin muszę popierać muzułmanów i sprzeciwiać się chrześcijanom. Jeśli jest chrześcijanin, który nie czyni mi krzywdy, zachowam z nim ograniczony kontakt. Islam omawia pewne stopnie kontaktu z chrześcijaninem, a mianowicie: dotrzymywanie obietnic, uczciwe postępowanie, uprzejmie traktowanie i zaprzyjaźnianie się z nim. Te trzy pierwsze zachowania są dopuszczalne, ale czwarte, to znaczy zaprzyjaźnianie się z chrześcijaninem, jest uznawane za niebezpieczne, ponieważ sprzeczne jest z wersetem, który mówi: "O wy, którzy wierzycie! Nie bierzcie sobie za przyjaciół Mojego wroga i waszego wroga! Wy zwracacie się do nich z przyjaźnią, oni zaś nie wierzą w prawdę, która przyszła do was." [Koran 60:1]. Jest nie do pomyślenia, że mogliby oni służyć w sądownictwie lub na stanowiskach kierowniczych, na przykład w armii lub policji.
Dziennikarz: Czy jest pan przeciwny wysadzaniu kościołów?
Shehato: Tak i nie. Chrześcijanin ma wolność oddawania czci swojemu Bogu w swoim kościele, ale jeśli chrześcijanin stwarza problemy dla muzułmanów, wytępię ich. Kieruję sięszariatem, a on nakazuje, że oni muszą płacić podatek dżizja z pozycji upokorzenia...
Dziennikarz: Te wasze poglądy przerażają nas, Egipcjan.
Shehato: Nie będę działać w sposób sprzeczny z moją wiarą, żeby przypodobać się ludziom… Mówimy chrześcijanom, nawróćcie się na islam, albo płaćcie dżizja, inaczej będziemy was zwalczać. Szariat nie jest oparty na ludzkiej logice, ale na boskim prawie. To dlatego sprzeciwiamy się stworzonym przez człowieka konstytucjom.
Dziennikarz: Jeśli dojdziecie do władzy w Egipcie, czy rozpoczniecie kampanię islamskich podbojów?
Shehato: Oczywiście rozpoczniemy kampanię islamskich podbojów na całym świecie. Gdy tylko muzułmanie i islam opanują Egipt i wprowadzą tam szariat, zwrócimy się do sąsiadujących regionów, Libii na zachodzie i Sudanu na południu. Wszyscy muzułmanie na świecie, którzy pragną zobaczyć szariat zaprowadzony na całym świecie, dołączą do armii egipskiej w celu stworzenia islamskich batalionów, których zadaniem będzie doprowadzenie do zwycięstwa naszej wiary. Mamy nadzieję, że z pomocą Allaha, Egipt będzie iskrą, która rozpocznie ten proces...
Dziennikarz: Powiedział pan, że popieracie ideologię Osamy bin Ladena i Ajman Al-Zawahiriego. Czy znaczy to, że wasz sposób zaprowadzenia szariatu w Egipcie będzie poprzez przemoc i wojnę?
Shehato: Nie, zaprowadzimy szariat poprzez daawa (kazania), podczas gdy przemoc będzie skierowana tylko do niewiernych władców arabskich. W ich wypadku nie ma wyboru poza użyciem siły, chociaż szariat nie nazywa tego „przemocą", ale „dżihadem dla Allaha". Nie ma innego sposobu… bo oni mają władzę i broń...
Dziennikarz: Jak będzie funkcjonować ministerstwo spraw zagranicznych w państwie islamskim?
Shehato: Istnieją muzułmanie i istnieją niewierni. Mamy ambasadorów we wszystkich krajach. Chcemy wezwać wszystkie inne kraje, by dołączyły do islamu, i to będzie zadaniem ambasadorów. Jeśli te kraje odmówią, będzie wojna. Nie będziemy tolerować wzajemnego handlu i więzów kulturalnych z nie-muzułmanami.
Dziennikarz: Jeśli dojdziecie do władzy, jakie będzie wasze stanowisko wobec turystyki?
Shehato: Będzie turystyka dla celów terapii medycznej, ale miejsca turystyczne, takie jak Sfinks i Szarm el-Szejk zostaną zamknięte, ponieważ moim zadaniem jest doprowadzenie, by ludzie służyli Allahowi zamiast innym ludziom. Żaden dobry muzułmanin nie będzie skłonny żyć z zysków z turystyki, ponieważ turyści przyjeżdżają do Egiptu, żeby pić alkohol i cudzołożyć. Jeśli chcą przyjechać, to muszą podporządkować się warunkom i prawom islamu. Wyjaśnimy im, że według szariatu piramidy są pozostałościami wieku pogańskiego i politeistycznego.
P: Jaki będzie stan sztuki i literatury w takim państwie?
Shehato: W islamie nie ma niczego takiego jak sztuka. Malowanie, śpiew i taniec są zabronione. Dlatego w państwie islamskim nie będzie niczego poza kulturą islamską, bo nie mogę uczyć ludzi kultury niewiernych. Jeśli chodzi o literaturę, taką jak prace Naguiba Mahfouza (egipski laureat Nagrody Nobla w literaturze — M.K.), jest to zabronione. Naguib Mahfouz był przestępcą, który pobudzał pragnienia ludzi i zadał poważny cios skromności. Powrócimy do przyzwoitej kultury muzułmanów i muzułmańskich praojców i do historii islamskiej.
Źródłó: „Roz Al-Yousef" (Egipt), 13 sierpnia 2011, za MEMRI, sp0ecjalny komunikat nr 4103.
skomentuj (0)
Polskim problemem jest niewątpliwie zaniedbanie tego, co wspólne w stosunku do tego, co prywatne
Wielu spośród krytyków stanu polskiej polityki, wzywających do odnowy wspólnoty politycznej poprzez przywrócenie prymatu dobra wspólnego, tak naprawdę ma na myśli dobro zupełnie prywatne i indywidualne, mianowicie osób biednych i niskostatusowych.
Dobro wspólne jednak nie wyraża się we wspomaganiu konkretnych osób prywatnych, a tym bardziej na transferowaniu zasobów od jednych indywidualnych osób do innych. Na takich procedurach nie zbuduje się trwałej, zintegrowanej i dobrze funkcjonującej wspólnoty. Przeciwnie: stosowanie takich mechanizmów prowadzi do jej dezintegracji i antagonizowania jej uczestników.
Pojęcie dobra wspólnego jest mgliste i wątpliwe (o czym pisało wielu współczesnych teoretyków polityki), ale jeśli ma mieć jakiś sens, to musi się odnosić do czegoś innego niż dobro konkretnych jednostek, a także niesprowadzalnego do sumy takich indywidualnych dóbr. Powinno być ponadindywidualne i ponadjednostkowe, mieć wymiar zbiorowy.
W sukurs idzie nam ekonomia odróżniająca spożycie (konsumpcję) zbiorowe od indywidualnego. Zgodzić się trzeba, że wzrost samej konsumpcji indywidualnej poszczególnych uczestników wspólnoty nie zaspokoi w pełni ich potrzeb, bo może prowadzić do powstawania coraz bogatszych enklaw prywatnego dostatku zanurzonych w zaniedbanej, nieuporządkowanej i niebezpiecznej przestrzeni wspólnej.
Począwszy od klatki schodowej wielorodzinnego budynku, przez miejskie parki i skwery, a nawet jeszcze nie kończąc na ogólnopaństwowej infrastrukturze komunikacyjnej czy energetycznej - istnieje rozległy obszar wspólnych zasobów i dóbr, korzystanie z których wpływa istotnie na jakość życia uczestników wspólnoty.
Jazda
luksusowym samochodem po wyboistych i dziurawych drogach, spacer czy jogging w markowym stroju po chaszczach i zdezelowanych chodnikach albo podróż z najnowszym laptopem i smartfonem w odrapanych i śmierdzących wagonach notorycznie spóźniających się pociągów - odbiera przynajmniej część przyjemności czerpanej z indywidualnej zasobności.
I odwrotnie: jadąc starym samochodem po gładkich, szerokich i dobrze utrzymanych drogach, spacerując w sfatygowanych butach po starannie wypielęgnowanych alejkach parkowych czy podróżując z niemodną walizką nowoczesnym i szybkim pociągiem, nawet niezbyt zamożny obywatel korzysta z zasobów dobra wspólnego.
Polskim problemem jest niewątpliwie zaniedbanie tego, co wspólne w stosunku do tego, co prywatne. Wystarczy porównać przydomowe ogródki i trawniki z publicznymi chodnikami i zieleńcami,
mieszkania z klatkami schodowymi, elewacjami i najbliższym otoczeniem bloków, prywatne
samochody z kolejowymi wagonami, wyposażenie gospodarstw domowych z wyposażeniem służb publicznych.
W ciągu minionych 20 lat pomnażanie prywatnych zasobów i indywidualnego bogactwa następowało w Polsce znacznie szybciej niż rozwój publicznej infrastruktury i zasobów zbiorowych, a ekspansja sektora prywatnego była imponująca w porównaniu z marazmem tego publicznego. Odpowiedź na pytanie o przyczyny takiej dysproporcji i dysharmonii nie jest jednak bynajmniej prosta i nie da się sprowadzić do oskarżenia o doktrynalne preferowanie prywatnej własności i indywidualnej zasobności przez system społeczno-polityczny ukształtowany po 1989 r.
Bez popadnięcia w hipokryzję nie da się zaprzeczyć zróżnicowaniu postaw i zachowań zwykłych Polaków wobec tego, co własne (prywatne) i tego, co publiczne (wspólne). Wygląd klatek schodowych i wind, stan parków i klombów, wagonów i przystanków, przejść podziemnych i dworców to wynik poczynań zarówno indywidualnych osobników, jak ich zorganizowanych wspólnot. Brak poszanowania dla publicznej przestrzeni i własności wspólnej jest rysem charakterystycznym (odróżniającym np. od zachodnich i południowych sąsiadów) polskiej kultury życia codziennego.
Owszem, państwo może takie antywspólnotowe postawy i zachowania zwalczać lub modyfikować, a nawet doktrynalnie przeciwstawić się prywacie i egoizmowi, które w nich znajdują wyraz. Lecz w ciągu minionych dwóch dekad III Rzeczpospolita zawiodła w zakresie troski o sferę publiczną i zasoby wspólnotowe, bowiem większość swej aktywności, a zwłaszcza środków pozostawianych jej do dyspozycji przez podatników, przeznaczała na zaspokajanie potrzeb jak najbardziej indywidualnych i prywatnych - niepracującej połowy ludności w wieku produkcyjnym (jak wiadomo, odsetek ten w Polsce należy do najwyższych w UE).
Mówiąc obrazowo, nie budowano autostrad i nie odnawiano szlaków kolejowych, bo setki miliardów złotych potrzebnych do tego przelano na prywatne konta najmłodszych emerytów i najzdrowszych rencistów Europy. Te i inne transfery socjalne, stanowiące notorycznie główne pozycje w wydatkach budżetowych polskiego państwa, nie pomnażają wspólnych zasobów i nie wzmacniają sfery publicznej, bo są przeznaczane na indywidualne spożycie prywatnych osób - w języku potocznym określa się je trafnie jako "przejadane".
Co gorsza, nie tylko nie umacniają one wspólnoty politycznej i społecznej Polaków, nie integrują jej, lecz przeciwnie - dezintegrują i osłabiają ją. Podatnicy mają poczucie marnotrawienia pobieranych od nich danin przeznaczanych na finansowanie cudzych przywilejów emerytalnych, rent, zasiłków, dotacji i innych świadczeń na rzecz rozmaitych nieproduktywnych, a roszczeniowych grup ludności. Beneficjenci tego systemu transferów nie poczuwają się natomiast z tego tytułu bynajmniej do żadnych zobowiązań czy choćby tylko wdzięczności wobec tak hojnego dla nich państwa, nie okazują mu zwiększonej lojalności czy aktywności obywatelskiej. Przeciwnie: manifestują niezadowolenie, eskalują żądania, często odmawiając partycypacji w sferze publicznej i wspólnoty polityczno-społecznej. Badania wykazują korelację między biernością w sferze indywidualnej (zawodowej) i publicznej (społecznej).
Podatnicy są zawiedzeni państwem zużywającym otrzymywane od nich środki na transfery socjalne dla osób do tego państwa nastawionych niechętnie lub wręcz wrogo i roszczeniowo. Ta wrogość i roszczeniowość beneficjentów tego systemu wyraża się w popieraniu rozmaitych ruchów antysystemowych, od Samoobrony do
PiS. Państwo zaś nie ma środków i sił do rozwijania sfery publicznej, kształtowania publicznej przestrzeni, pomnażania publicznych zasobów. To tym bardziej do niego rozczarowuje. W rezultacie państwo nie zawsze może liczyć na tych, którzy na nie płacą, i prawie nigdy na tych, którym ono płaci.
Odpowiedzią na zawód sprawiany obywatelom przez polskie państwo, niedorozwój sfery publicznej i słabość publicznych zasobów nie może być dalsze zwiększanie redystrybucji prywatnych środków pozyskiwanych od jednych indywidualnych osób do innych indywidualnych osób. Przelewanie z jednych prywatnych kieszeni czy kont do innych prywatnych kieszeni czy kont nie może być głównym zadaniem i zajęciem państwa, a na pewno nie wytworzy żadnego dobra wspólnego. Dla jego pomnożenia potrzebne nie jest zwiększanie transferów między obywatelami, lecz przekierowanie wydatków państwa na sferę publiczną, zwłaszcza w obszar publicznych inwestycji.
Lecz powiększanie sfery publicznej musi mieć wyraźnie zakreślone i niezbyt rozległe granice. Istnieją głębsze i nieusuwalne powody, dla których rozwój sektora prywatnego i indywidualnej aktywności jest w Polsce lepszy niż sfery publicznej i aktywności społecznej. W większości form działalności prywatna własność i zarządzanie są efektywniejsze od publicznych. Rozciąganie zatem sfery publicznej na te obszary oznaczałoby pogorszenie ich funkcjonowania, czyli marnowanie publicznych środków.
*Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75515,10159160,Z_laptopem_w_obdrapanych_wagonach.html#ixzz1VwdUYLUk
skomentuj (0)
Badanie przekonań tłumu wykazało nam, że we wszystkich epokach, czy to fanatyzmu religijnego, czy wielkich przewrotów politycznych, przybierają one pewną charakterystyczną formę, której treść najlepiej oddamy określeniem:uczucia religijne.
Ich cechy charakterystyczne są nadzwyczaj proste: uwielbienie dla najwyższej istoty, obawa przed potęgą jej przyznawaną, bezwzględne posłuszeństwo jej nakazom, niemożność dyskutowania dogmatów, pragnienie ich upowszechnienia, uważanie za wroga każdego, kto tych prawd nie uznaje. Każde uczucie, bez względu na to, czy odnosi się do Boga niewidzialnego czy kamiennego lub drewnianego bożka, do bohatera lub jakiejś idei, jeżeli tylko ma wyżej podane cechy, należy zaliczyć do uczuć religijnych, gdyż w swej istocie pozostaje ono zawsze religijne i zawiera również pierwiastki nadprzyrodzoności i niezwykłości. Tłum przyznaje te samą moc cudowną zarówno ideom, jak i zwycięskiemu wodzowi, który potrafi w odpowiednim momencie opanować jego duszę.
(...)
Nieuniknioną właściwością ludzi o silnie rozwiniętym uczuciu religijnym jest fanatyzm i brak tolerancji, wierzą oni bowiem, że tylko oni są w posiadaniu klucza do rajskich bram przyszłego żywota. Myślą, że w ten sposób zaciągają się na wierną służbę uwielbianemu bóstwu, które - ich zdaniem - domaga się od nich złożenia sobie w ofierze wszystkich myśli i czynów. Każda jednostka będąca cząstką tłumu ma te dwa wyżej wspomniane, charakterystyczne rysy, gdy tylko uczucia tłumu zostaną w odpowiednim stopniu roznamiętnione. Jakobini z okresu Terroru byli w zasadzie nie mniej religijni niż katolicy z czasów inkwizycji, a ich okrutny zapał miał to samo źródło.
(...)
Na wzbudzaniu fanatyzmu, dzięki któremu jednostka znajduje szczęście w posłuszeństwie i uwielbieniu, twórcy nowych religii i przekonań społecznych budowali przyszłość swych poglądów. Rozfanatyzowana jednostka jest zdolna do oddania życia za swe bożyszcze. Pogląd ten okazuje się słuszny po dzień dzisiejszy.
(...)
Gwałty Rewolucji, jej okrucieństwa i propaganda, wypowiadanie wojny niemalże wszystkim królom wtedy dopiero znajdą należyte wyjaśnienie, gdy zrozumiemy, że był to okres ustalania się nowych wierzeń w duszy tłumu. Noc św. Bartłomieja, wojny religijne, reformacja, inkwizycja, Terror - oto przejawy tego samego uczucia, nazwanego przez nas religijnym, które zmusza swych wyznawców do wytępienia bez litości, ogniem i mieczem, wszystkiego, co staje na przeszkodzie w ustanowieniu tej nowej wiary. Metody z okresu inkwizycji i Terroru to metody prawdziwych żarliwców. Nie byłoby żarliwców, gdyby inne były metody.
skomentuj (0)

Enda Kenny, fot Reuters
Premier Irlandii Enda Kenny oskarżył Watykan o lekceważenie gwałtów i torturowanie dzieci w imię ocalenia władzy oraz reputacji Kościoła. To pierwsza tak ostra i bezpośrednia krytyka Stolicy Apostolskiej - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Enda Kenny przemawiał w parlamencie podczas debaty o opublikowanym przed tygodniem raporcie o tuszowaniu pedofilii w diecezji Cloyne w hrabstwie Cork.
Najnowszy raport na temat pedofilii opisuje zalecenia watykańskiej kongregacji ds. duchowieństwa, która za pośrednictwem nuncjusza w Dublinie zniechęcała irlandzkich biskupów w połowie lat 90. do twardego przestrzegania zasady donoszenia policji o pedofilskich podejrzeniach wobec księży.
- To nieszczęsne i nieszczere komentarze - mówił irlandzki minister sprawiedliwości Alan Shatter o poniedziałkowej wypowiedzi rzecznika Watykanu przekonującego, że raport dokonuje nadinterpretacji listów kongregacji na niekorzyść Kościoła.
Tuszowanie skandali pedofilskich – czy wierni w Polsce odejdą z Kościoła?
W związku ze skandalami, jakie wywołane zostały przez księży pedofilów, większość Irlandczyków zmienia swoje wyznanie i nie chce już być członkami Kościoła katolickiego.
skomentuj (0)
Dominikanin Wojciech Jędrzejewski niepokoi się, że debata o aborcji może zamienić się w wielki rozrachunek z katolicyzmem ("Gazeta" 15 lipca) oraz że "wściekłość popłynie jak wezbrana rzeka". Dlaczego?
Ksiądz przekonuje również o fantastycznej i niezwykle dobroczynnej roli Kościoła katolickiego, w którym "całe zastępy świeckich i duchownych wolontariuszy pracują na rzecz" domów dziecka, domów samotnych matek itd. Co prawda nigdy tych zastępów nie widziałam - pół roku mieszkam na wsi, gdzie przemoc, wykluczenie, powszechna ignorancja są na porządku dziennym, a proboszcz zajmuje się głównie własnymi dobrami i troską o tacę - ale nie zamierzam polemizować; może gdzie indziej jest inaczej.
Może gdzie indziej Kościół poświęca się wyłącznie działalności charytatywnej: organizuje kolonie, buduje świetlice. Jeśli zaś chodzi o domy samotnych matek i domy dziecka, to uważam, że powinno zajmować się nimi państwo, a nie Kościół, który zakłada placówki nie tyle opiekuńcze, co służące krzewieniu wiary, a więc indoktrynujące (obowiązkowe modlitwy, msze, krzyże, jednolity światopogląd).
Nie takie jednak zarzuty stawiałam Kościołowi. Pisałam, że zamknął on debatę o aborcji i że trzeba ją otworzyć, bo wszyscy cieszą się "kompromisem", tymczasem drakoński zakaz aborcji niszczy autonomię, zdrowie i często życie kobiet. A teraz ten zakaz ma być jeszcze bardziej drakoński, bo tak sobie życzą biskupi i PiS. I mamy o tym nie dyskutować?! Chciałabym dowiedzieć się, czy ksiądz rzeczywiście sądzi, że świętość zarodka jest tak ważna, że zgwałcona kobieta (dziewczynka) musi rodzić? Czy kobieta, matka pięciorga dzieci, żona alkoholika musi rzeczywiście powić następne, którego nie może utrzymać, bo mąż wyegzekwował od niej siłą wypełnianie obowiązków małżeńskich? Czy kobiety chore lub te, które nie mają absolutnie warunków na odpowiedzialne wychowanie dzieci, mają rodzić, bo hierarchowie i prawicowi politycy uznali nagle, że nie ma niczego bardziej świętego niż płód?
Przez setki lat Kościół nie zajmował się życiem zarodków, nawet nie wiedział o ich istnieniu, bo zwyczajowo potępiał rozwój nauki i medycyny. Nie interesował się również zupełnie obumarłymi płodami i zabraniał chowania ich na cmentarzach. To się zmieniło.
Tylko jedno się nie zmieniło: podrzędna rola kobiet. Kościół nigdy nie traktował kobiet jako mających prawa równe mężczyznom. O równość upomniał się pierwszy raz papież Jan Paweł II, i to też niepełnym głosem. Kobiety według papieża są niby równe, ale mają inne powołania. A więc muszą rodzić.
Chciałabym wiedzieć, jak mój polemista rozumie godność kobiety? Czy światły ksiądz widzi w kobiecie coś innego niż instrument do rodzenia i wychowania dzieci? Czy postrzega godność kobiety w jej prawach do autonomii i samostanowienia o sobie, tak jak widzi tę wartość w mężczyznach, również i tych, którzy zabijają (jako np. żołnierze)?
Ksiądz może pozostać przy swoim zdaniu, wierni też, ale a obywatele i obywatelki powinni rozmawiać. Bo na tym polega demokracja
.
skomentuj (0)
nasze społeczeństwo, polskie, od lat kieruje się na "rozrachunek s kościołem katolickim". To czy odbędzie się to za lat 5, 10, czy 15, zależy od sytuacji ekonomicznej społeczeństwa i politycznego klimatu. Jest to jednak nieuchronne i konieczne dla jego rozwoju.
skomentuj (0)
nasze społeczeństwo, polskie, od lat kieruje się na "rozrachunek s kościołem katolickim". To czy odbędzie się to za lat 5, 10, czy 15, zależy od sytuacji ekonomicznej społeczeństwa i politycznego klimatu. Jest to jednak nieuchronne i konieczne dla jego rozwoju.
skomentuj (0)
W Polsce łatwiej jest zrobić aborcję, niż o niej mówić. Milczenie wymuszone jest zarówno propagandowym językiem Kościoła, jak i tchórzostwem polityków uciekających przed trudnymi tematami

Magdalena Środa
Jest coś niewiarygodnego i przerażającego w stanowisku 32 posłanek, reprezentantek narodu, a więc i innych kobiet, które twierdzą, że ustawa całkowicie zakazująca aborcji jest warta dalszego procedowania w Sejmie. Mniej dziwią mnie mężczyźni: nie zachodzą w ciążę, nie są gwałceni, nie rodzą, a jak żona/partnerka sprowadzi na świat niepełnosprawne dziecko, to - statystycznie, nader często - wyswobadzają się z obowiązków rodzicielskich przez porzucenie (i żony, i dziecka).
Mężczyźni przez setki lat kontrolowali kobiety, traktując je jako istoty infantylne, pozbawione praw, zdolne wyłącznie do prokreacji i prac domowych. Chcą to robić dalej. Z nawyku, ze źle pojętego interesu politycznego, jakim jest demografia; z interesu religijnego, jakim jest potrzeba reprodukcji tradycyjnego społeczeństwa i tradycyjnych ról płciowych, z interesu doraźnego, jakim są wybory i konieczność wsparcia ze strony Kościoła.
Ale kobiety? Wyzwolone od niespełna stu lat? Posłanki? Jak one mogą chcieć takiej degradacji swojej płci do roli instrumentu służącego rodzeniu? Ustawa zakazująca aborcji - nawet w przypadku gwałtu, zagrożenia zdrowia i życia matki czy ciężkiego uszkodzenia płodu - odbiera bowiem kobietom prawo do decydowania o własnym macierzyństwie, prawo wyboru, prawo do bycia osobą dojrzałą i odpowiedzialną za swoje rodzicielstwo. Ustawa ta degraduje kobiety do roli dziecka, które wymaga paternalistycznej instytucjonalnej i prawnej kontroli. Ustawa zakłada, że życie kobiet ma wartość proporcjonalną do ich roli prokreacyjnej. Kobieta jest niczym probówka, która nosi w sobie wartość, która ją przekracza, i nawet jeśli probówka się zbije, zawartość musi zostać za wszelką cenę uratowana!
Ustawa nie pozwala kobiecie nawet na heroizm! Bo wszak heroizmem jest oddanie własnego życia za życie dziecka (
papież beatyfikował kilka takich heroicznych matek), ale tylko pod warunkiem, że poświęcenie to jest przedmiotem decyzji a nie koniecznością wynikającą z przekonań ustawodawcy.
Trzeba być człowiekiem, by nie zabijać?Autor obywatelskiego projektu o całkowitym zakazie aborcji, broniąc go w Sejmie przed zarzutem ideologiczności, powiedział: "Nie trzeba być katolikiem, nie trzeba być chrześcijaninem, wystarczy być człowiekiem, by nie zabijać". Jednak przecież cała nasza patriarchalna kultura, jej koncepcje człowieczeństwa, zasięg i siła chrześcijaństwa, opiera się w dużej mierze na zabijaniu (innowierców, wrogów, przeciwników), które stanowiło nie tylko przedmiot przyzwolenia, ale i religijnej czy patriotycznej dumy. Skąd więc nagle ta wielka wrażliwość na wartość płodu? Skąd bierze się ta szczególna predylekcja do uświęcania życia zarodka kosztem autonomii kobiety?
Bo - jak powiedzą zwolennicy ustawy - prawo do życia jest ważniejsze niż prawo do wolności czy autonomii. W warunkach normalnych rzeczywiście jest, ale przecież znamy sytuacje wyjątkowe, gdy prawo do wolności (np. niepodległości) jest ważniejsze niż prawo do życia. Gdy walczymy o wolność wspólnoty - zabijamy. W przypadku indywidualnym sytuacją wyjątkową jest niechciana, zagrażająca zdrowiu i wolności ciąża.
W życiu kobiety, tak jak w życiu społeczeństw, bywają sytuacje, gdy prawo do wolności własnej jest ważniejsze niż prawo do życia. To są rzadkie sytuacje, wymagające uzasadnienia, rozwagi, determinacji, ale też kobiety nigdy nie dokonują aborcji bez ważnych powodów.Argument, że życie zarodka ma większą wartość niż życie człowieka dorosłego, ponieważ to pierwsze jest niewinne, jeśli ma być wiarygodny, powinien być przekładalny na zalecenia prawne, czyli surowszą karę za aborcję niż za morderstwo. A przecież nie jest! Idźmy więc na całość i uzależniajmy karę za zabójstwo od stopnia winy lub niewinności ofiary.
Potrzeba nie tworzy prawaTymczasem prawnicy wskazują na fakt, że prawo do życia zarodka w konfrontacji z prawem do autonomii i wolności dorosłych osób nie jest mocniejsze, a właśnie słabsze, bo dotyczy istoty potencjalnej, niemającej w istocie praw, istoty, która dopiero gdy się narodzi (lub będzie mogła żyć samodzielnie poza organizmem matki), takich praw nabierze. Natomiast wolność jest prawem prymarnym przysługującym każdej autonomicznej osobie.
Dlaczego więc nie kobiecie?
Ponadto, nawet jeśli uznać pełne prawo do życia płodu, to nie pociąga ono za sobą jeszcze prawa do dysponowania cudzym ciałem, a tak się dzieje w przypadku zakazu aborcji.
Jeśli byłabym chora, nie mogłabym żądać, żeby ktoś mi dał swoją nerkę, chociaż niewątpliwie moje życie jest ważniejsze niż cudza nerka i prawo własności do niej innej osoby. Jednak potrzeba nie tworzy prawa. Płód potrzebuje ciała kobiety, nie znaczy to jednak, że ma do niego prawo i że jej wola musi być przez to ograniczona. Kobieta ma prawo dysponowania swoim ciałem nawet wtedy, gdy w jej ciele znajduje się inna osoba z pełnym prawem do życia; płód znajdując się w ciele kobiety, nie pozbawia jej prawa do dysponowania swoim ciałem. Jej brzuch należy do niej. Tak jak jej życie.
Prawo do aborcji to nie przywilej czy konieczność aborcji, ale możliwość aborcji. Kobiety nie zachodzą w ciążę, aby mieć przywilej aborcji, zachodzą w ciążę, aby urodzić dziecko, czasem jednak nie chcą lub nie mogą mieć tego dziecka, powinny wtedy mieć prawo przerwania ciąży.
W Polsce można mieć czasem wrażenie, że kobiety nie marzą o niczym innym jak o mordowaniu "dziecka poczętego" i gdyby nie skuteczna walka polityków i kleru, to nic innego by nie robiły. To dzięki ich mądrości i przemyślności przewrotne kobiety jakoś tam rodzą. Tyle że za mało. I polityka w znacznej mierze polega na tym, aby tanim kosztem (ustawowym przymusem) zmusić je do zwiększonej dzietności, i to na ich własny koszt. Ku chwale narodu i Kościoła.
"Obrońcy życia" nie wspierają bowiem samotnych matek (a to jedna z najbardziej biednych grup społecznych), nie zajmują się losem dzieci niepełnosprawnych, nie widać ich w domach opieki paliatywnej dla dzieci, gdzie umierające niewinne życie potrzebuje wsparcia. Nie ma też ich w domach dziecka, w pogotowiach dla dzieci bitych i molestowanych, gdzie życie, nie tylko poczęte, ale narodzone, jest porzucone, cierpi i potrzebuje pomocy. Nie chodzą po domach rodzin wielodzietnych, nie pomagają im przetrwać, nie walczą o fundusz alimentacyjny ani o dodatki socjalne na opiekę nad dziećmi niepełnosprawnymi.
To nie kompromis, to hipokryzjaZ jednego punktu widzenia dzisiejsza debata o aborcji może się okazać potrzebna. Aby zrewidować wiarę w to, że istniejąca ustawa jest kompromisem. Bo nie jest. Jak pisał Adam Szostkiewicz: "Kompromisem nazywa się w Polsce to, czego biskupi nie potępią z ambon". Jednak już nawet biskupi nie uznają jej za kompromis i potępiają. Chcą więcej - całkowitego podporządkowania prokreacyjnego kobiet.
Kobiety też nie mogą uznać istniejącej ustawy za kompromis, bo co to za kompromis, który wyłącznie zakazuje i ogranicza a nie spełnia postulatów zawartych w "kompromisowej" ustawie.
Państwo, zakazując aborcji w 1993 r., zobowiązało się do wprowadzenia edukacji seksualnej w szkołach. Nie zrobiło tego.
Minister Hall utrzymuje, że kwestia takiej edukacji leży w gestii uprawnień wychowawczych rodziców, a nie szkoły. Zadaniem szkoły jest natomiast sentymentalna ideologia prorodzinna zachwalająca rozrodczość i potępiająca świadome rodzicielstwo, zgodnie z zaleceniami Kościoła. Według pani minister nie ma czegoś takiego jak wiedza o seksie. Dlatego nie może być ona przedmiotem szkolnym. Jest za to obiektywna wiedza o niepokalanym poczęciu, zmartwychwstaniu i anielskich chórach, która towarzyszy dziecku przez 900 godzin przedszkolnej i szkolnej katechezy.
Państwo powinno nie tylko edukować i prowadzić kampanie społeczne podnoszące poziom wiedzy o seksualności i odpowiedzialnym rodzicielstwie, ale również refundować antykoncepcję.
Polityka społeczna powinna realnie (niesymbolicznie) wspierać samotne matki i rodziny wielodzietne.
Zasiłek na opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym powinien być traktowany jako inwestycja, a nie jałmużna.
Państwo powinno nie tylko zezwolić na zbudowanie, ale bardzo poważnie dofinansować sieć żłobków i przedszkoli, pomyśleć również o innych formach wspierania osób, które łączą obowiązki wychowawcze z zawodowymi.Zajście w ciąże powinno oznaczać dla kobiet nie tylko "szczęście macierzyństwa", ale realną perspektywę odpowiedzialnego wychowania zabezpieczoną przez materialną pomoc państwa.
Przede wszystkim jednak media, politycy, obywatele i obywatelki powinni odczarować dyskusję o aborcji i autonomii kobiet.W tej chwili jest ona zamknięta w agresywnym języku kościelnej propagandy (nie nazywam jej prolife'ową, bo co to za wspieranie życia, skoro dotyczy ono jednej jego formy, a mianowicie - zarodka). Języku, który jak mantrę, jak propagandowe slogany, powtarza formuły o "życiu poczętym", "nienarodzonym", "niewinnym", wyrażając tym samym pogardę dla kobiet, które są jego biernymi nosicielkami i zamykając wszelką dyskusję przez nazywanie aborcji morderstwem czy zabójstwem.
Pora, by politycy nareszcie zdali sobie sprawę z tego, że ochrona życia poczętego jest znacznie bardziej skuteczna, gdy kobiety mają prawo do aborcji, niż wtedy gdy się jej zabrania, i że drakońskie zakazy oraz polityka hipokryzji i "czystych rąk" nie jest po stronie "życia", lecz cierpienia, bezradności i śmierci.W Polsce znacznie łatwiej jest zrobić aborcję, niż o niej mówić i strach ten jest wprost proporcjonalny do tchórzostwa polityków bojących się podejmować ważne tematy i ich konformizmu - byleby tylko nie wychylić się z religijnego mainstreamu, który ustala od wielu lat grupa kościelnych hierarchów i posłusznych im polityków.
Bez tego wszystkiego ustawa o ochronie płodu, w formie, w jakiej ją dziś mamy, nie jest żadnym kompromisem, lecz szczytem hipokryzji i okrucieństwa.
Kto wierzy w to, że w 30-milionowej Polsce dokonuje się 400-500 aborcji rocznie, jak podają źródła rządowe, ten albo jest ignorantem, albo cynikiem.
Zdeterminowane kobiety korzystają z tak zwanego podziemia aborcyjnego, kupują przez internet farmakologiczne środki poronne i zażywają je poza wszelką medyczną kontrolą. Wbrew swojemu zdrowiu.
Sądzę, że w Polsce można dokonać aborcji nawet w szóstym miesiącu ciąży, bo skoro jest ona zabroniona, to nikt nie kontroluje zabiegów. Wszystko jest kwestią ceny. Ginekolodzy, którzy w państwowych szpitalach nader chętnie przywołują "klauzulę sumienia", odmawiając aborcji uzasadnionej medycznie i prawnie, w gabinetach prywatnych chętnie jej dokonują, bo to wszak kilkadziesiąt niepodatkowanych tysięcy złotych. Sądzę też, że w Polsce poważnym problemem jest też dzieciobójstwo, ale o tym nikt nie chce mówić, lepiej głosić, że niska dzietność w Polsce jest spowodowana nadmierną emancypacją kobiet i nie dość konsekwentną polityką rządów zmuszającą kobiety do powrotu do tradycyjnych ról płciowych ("mama zawsze w domu!", "jedynym powołaniem kobiety jest macierzyństwo!"). Nic więc jednak dziwnego, że nikt nie chce zostawiać niechcianych, urodzonych dzieci w "oknach życia", no bo jak zawierzyć religijnym instytucjom, które otwierając "okna" zarazem potępiają kobiety, które wyrzekają się tradycyjnej roli i sprzeniewierzają boskiemu powołaniu, jakim jest macierzyństwo?
No i jak zawierzyć posłankom, które będąc kobietami, występują przeciwko autonomii, godności i interesom kobiet?
Dlatego propagujmy listy posłów i posłanek, którzy pragną zdegradować kobiety do obywatelek trzeciej kategorii (po zarodkach i mężczyznach), aby mieć pewność, kto na pewno nie powinien znaleźć się w parlamencie demokratycznej Polski.* Magdalena Środa - profesor Uniwersytetu Warszawskiego, zajmuje się historią idei etycznych, etyką stosowaną, filozofią polityczną i problematyką kobiecą. Działa w Kongresie KobietŹródło: Gazeta Wyborcza
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75968,9917981,Aborcja__No_to_zacznijmy_debate.html?as=2&startsz=2#ixzz1RjoqCb5Q
skomentuj (0)
Klasycy liberalizmu mówią o prawach niewyobcowywalnych, niezbywalnych, inalienable, które nazywa się również „prawami naturalnymi”, co jest nieco mylące. Tu nie chodzi bowiem o naturę ludzką, bo nie wiemy, jaka ona jest. Liberalizm nie zakłada pewnej wiedzy na temat człowieka. On tylko mówi, że człowiek ma pewne prawo, które należy mu się niezależnie od warunków społecznych czy okoliczności. Prawo do stanowienia i wolności, czyli chociażby do tego, by jednostka miała prawo zaprotestować przeciwko zbyt dalekosiężnym roszczeniom swojej wspólnoty. Jeśli uzna, że roszczenie, które mówi: „a teraz musisz za mnie umrzeć”, jest roszczeniem nieuzasadnionym i zbyt daleko idącym, jednostka ma prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To jest właśnie to „niewyobcowywalne prawo”, które zawsze jej się należy. Prawo do tego, by zakwestionować swoją przynależność do wspólnoty, która dzięki swojej większościowej sile może okazać się dla niej groźna.
skomentuj (0)
"Jako środowisko odnieśliśmy porażkę. Nie udało nam się urzeczywistnić w polskim Kościele ideałów, w które wierzyliśmy". To wyznanie nie byłoby tak piorunujące, gdyby nie jego autorka - Dominika Kozłowska, młoda redaktor naczelna miesięcznika "Znak".
"Znak" promował przez kilkadziesiąt lat ideały Kościoła otwartego, intelektualizm katolicki najwyższej próby, krąg "dzieci" Soboru Watykańskiego, który diametralnie przemienił Kościół.
Przemienił, ale co dziś z tego zostało? Kozłowska punktuje: "Dlaczego polska teologia - poza kilkoma wyjątkami - przeżywa głęboki kryzys? Dlaczego nie inicjuje się otwartych debat intelektualnych, a wielu ważnych intelektualistów katolickich, w tym byłych księży, proponujących niekiedy radykalne kierunki zmian w Kościele, w ogóle zostało wykluczonych z głównego nurtu rozmowy? Dlaczego uczelnie katolickie nie stanowią dziś awangardy myślenia? Dlaczego polscy biskupi, choć w większości posiadają tytuł doktora, okazują intelektualną bezradność w zetknięciu z trudnymi pytaniami?
W końcu, dlaczego nie potrafimy przekonać innych ludzi, zwłaszcza tych laicyzujących się coraz głębiej, że chrześcijaństwo jest naprawdę znaczącą propozycją intelektualną i duchową? Zamiast tego akceptujemy fakt, że w polskim Kościele dominuje język nakazowo-zakazowy, z reguły ograniczający się do spraw związanych z aborcją, in vitro, seksem i kultem. Godzimy się grzecznie wypełniać rolę dyskutantów, którzy wygłaszają ostrożne i przewidywalne kwestie".
Naczelna "Znaku" ma rację, że problemem jest także rosnący mur między różnymi środowiskami katolickimi. "W polskim Kościele nie ma, niestety, takiej płaszczyzny, która umożliwiałaby poważną rozmowę wolną od wzajemnych uprzedzeń i oskarżeń. ( ) Nie potrafimy rozmawiać z tymi, którzy mają inne poglądy. W tym widzę największe niebezpieczeństwo.
Nasze światy: świat katolików otwartych i zamkniętych, katolików dialogu i oblężonej twierdzy, katolików »kochających Papieża” i tych, którzy po nim »nie płakali «, wreszcie świat katolików i niekatolików rozchodzą się”.
Czy da się to zmienić, gdy katolicy w wersji ultra próbują "wypisywać" z Kościoła katolików liberalnych, nie we wszystkim potakujących Kościołowi? Wątpię.
Jeszcze ostrzejszą diagnozę katolicyzmu ma Agnieszka Graff: "To ludowa religijność bez Boga, zestaw przesądów raczej niż wiara. To religia w służbie polityki, obsługuje bowiem raczej potrzebę budowania tożsamości etnicznej niż jakiekolwiek potrzeby duchowe".
Wydaje się, że jednym ze skutków kiepskiej kondycji Kościoła może być erozja praktyk religijnych, o czym pisze w "Znaku" prof. Mirosława Grabowska: "Odsetek młodych mieszkańców największych polskich miast, którzy praktykują co niedziela (około 30 procent), niemal zrównał się z odsetkiem tych, którzy w ogóle nie chodzą do kościoła (około 30 procent). Gdyby dalsze przemiany miały przebiegać w tym kierunku (...) to już wkrótce w wielkich miastach byłoby więcej niepraktykujących niż praktykujących, byłoby też więcej osób niemających osobistego kontaktu z Kościołem".
Jak będzie wyglądać Kościół za 10, 20 lat? Może tak jak w Norwegii, gdzie w katolickim seminarium duchownym w Oslo kształci się trzech kleryków. O silnym masowym Kościele nikt tam nawet nie myśli.
Ma to, paradoksalnie, swoje dobre strony. "Jest ich za mało, by się kłócić, dzielić, obrażać. Za mało, by wydawać kilka konkurencyjnych katolickich gazet, których redaktorzy mogą mieć problemy, żeby stanąć na jednym pamiątkowym zdjęciu. ( ) Mit pierwszych chrześcijan odżywa" - opisuje Mirosław Puczydłowski.
W Norwegii szeroko pojęta kultura religijna, rytuał nie przysłaniają istoty religii. Nie ma przerostu moralności nakazowej. Norwescy klerycy otwierali ponoć oczy ze zdumienia, gdy autor tekstu opowiedział im, jak to w Polsce księża odmawiają rozgrzeszenia komuś, kto mieszka z dziewczyną przed ślubem (zachowując wstrzemięźliwość!). Może polski Kościół musi stracić jeszcze więcej, żeby odzyskać świeżość pierwszych chrześcijan.
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75515,9784097,Kosciol_nakazowo_zakazowy.html#ixzz1PMnPn9aQ
skomentuj (0)
Gdy katolik zabija
Mariusz Szczygieł
2011-06-02, ostatnia aktualizacja 2011-06-02 13:23

Czytam doniesienia prasowe o wyroku w sprawie Nangar Khel i widzę, że żaden polityk nie znajduje w sobie odwagi katolika. Odwagi, żeby choć w jednym zdaniu powiedzieć coś o ofiarach i o życiu, którego z naszej przyczyny już nie ma.
Czytamy, że wyrok w sprawie Nangar Khel jest racjonalny, dobry (Schetyna), zabicie ludzi było błędem, a nie zbrodnią (Klich), premier czuje satysfakcję i ogłosił to na Facebooku. Minister obrony jest szczęśliwy, że uratowano honor i cześć polskiego żołnierza. Jak widać, nasz honor jest najważniejszy, życie zabitych ludzi w ogóle.
Ten triumf honoru wydał mi się obrzydliwy. Rozumiem wyrok uniewinniający, nie twierdzę, że jest niesłuszny. Czytam jednak doniesienia prasowe i widzę, że żaden polityk nie znajduje w sobie odwagi katolika. Odwagi, żeby choć w jednym zdaniu powiedzieć coś o ofiarach i o życiu, którego z naszej przyczyny już nie ma. I to w kraju, gdzie cały czas mówi się o świętym życiu ludzi, którzy nie zdążyli się narodzić.
Pluton ZOMO strzelał w kopalni Wujek 30 lat temu, a o sprawcach i ofiarach mówimy z emocjami do dziś. Czy
Afganistan ma prawo nie zapomnieć nam tej śmierci co najmniej przez następnych trzydzieści lat?
W genialnym duńskim filmie-dokumencie "Armadillo" do duńskiej bazy w Afganistanie przychodzi nędzarz - to afgański chłop, który mówi żołnierzom, że zburzyli mu pociskiem dom i zabili matkę. Duński żołnierz radzi, żeby się nie martwił, bo ona przecież zostanie męczennicą.
Ciekawe, co powiedziałby
Bogdan Klich rodzinom zabitych niewinnych ludzi. Może przytoczyłby nazwę medalu, którym udekorował go ordynariat polowy Wojska Polskiego? Nazywa się on "Millito pro Christo" - Walczę dla Chrystusa.
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75968,9713291,Gdy_katolik_zabija.html#ixzz1O7vlCVKV
skomentuj (0)